Tchnienie Północnego Wiatru
Daniel Superson - 12.09.2020r.

      Rozdział II
      Poszukujący odpowiedzi

           - Tutaj też nic, hm? Miałem nadzieję, że znajdę tu choćby małą wzmiankę, a tymczasem... Westchnąwszy głośno, brązowy wilk – Anthren zamknął powoli ciężką księgę, której strony i okładki były tak stare, że niemal rozpadały się w łapach, po czym ostrożnie odłożył ją z powrotem na półkę. Jej tytuł, wypisany na grzbiecie wyblakłymi literami pochodzącymi z Pradawnej Mowy głosił: „Era VII, Wiek Księżycowego Smoka – historia kontynentu i morza, pióra Zyrana z Hyrel”.

          Samiec, którego sierść w kilku miejscach znaczyła już siwizna, powoli zaczął przesuwać palcem wzdłuż regału, z uwagą przyglądając się różnokolorowym grzbietom swoimi jasnoniebieskimi oczami. Ich kolor był niemal identyczny w porównaniu ze znamieniem w kształcie błyskawicy, które ciągnęło się od jego lewego oka poprzez całą długość policzka aż do spodu pyska. Odczytując półszeptem kolejne tytuły co pewien czas ściągał którąś książkę z regału, otwierał ją i pobieżnie przekartkowywał, po czym kręcił głową, mrucząc coś do siebie w nieznanym języku i odkładał ją na miejsce.

         Kiedy po chwili poszukiwań trafił na stos zwojów, bez chwili wahania pochwycił go i ruszył do niewielkiego stolika znajdującego się pomiędzy wysokimi, drewnianymi regałami, na którym znajdował się wykonany z rogów świecznik. Świece, które się w nim znajdowały nie płonęły jednak tak, jak zwykle – ich płomienie były niebieskie i dawały o wiele więcej światła, ułatwiając dostrzeżenie słów i symboli naniesionych drobnym, cienkim pismem. Magiczny ogień przyzwany przez wilka miał dwojakie zastosowanie – nie tylko ułatwiał on pracę, ale również chronił cenną, niekiedy kilkusetletnią literaturę przed ewentualnym pożarem. Płomień ten bowiem nie mógł wyrządzić krzywdy ani podpalić czegokolwiek, chyba że jego właściciel sam tego pragnął.

          Odsuwając świecznik na róg stołu, Corus Tenebrae zaczął ostrożnie rozwijać kolejne zwoje, które wręcz kruszyły się pod opuszkami. Wiele z nich zawierało głównie zapiski dotyczące historii Parlas, stolicy Verry, noty gospodarcze dotyczące przychodów i rozchodów w poszczególnych dziedzinach, oraz niekiedy wspominano na nich o pojedynczych, istotnych wydarzeniach, jak np. o wielkiej powodzi, jaka niegdyś nawiedziła miasto, albo o Rzemieślniku Osvenie zza Czarnego Oceanu, dzięki któremu ze zwykłej wioski Parlas przerodził się w potężne, niezwykle rozwinięte miasto. Mogło by się wydawać, że żaden z tych zwojów czy ksiąg nie stanowi dla maga jakiejkolwiek wartości, mówiąc o tak przyziemnych sprawach, jednakże Corus wiedział, że jest inaczej. Przez setki lat bowiem kolejni magowie ukrywali zapiski dotyczące swojego kunsztu pomiędzy wierszami w najmniej nieoczekiwanych księgach i zwojach, chroniąc w ten sposób swoje osiągnięcia przed wykorzystaniem w niewłaściwy sposób. Tylko świadomy i sprytny umysł, zaznajomiony w sposób zaawansowany z Pradawną Mową, mógł rozszyfrować ukryte notatki i złożyć je w logiczną całość.

          Niestety wszystko wskazywało na to, że tutejsi magowie, alchemicy czy nawet zielarze nie dokonali odkryć, które zasłużyły by na ich zapisanie, albo co gorsza – Parlas, jako stolica kraju, nigdy nie uświadczyła w obrębie swoich murów choćby początkującego czarnoksiężnika, który pozostałby w tym mieście dłużej niż na nocleg w karczmie. Było to niemałe rozczarowanie, biorąc pod uwagę fakt, że nawet małe rolnicze wioski zarówno w Carmond jak i Tergar miały przynajmniej na swoich usługach niewprawionych jeszcze w magii młokosów, czy też mniej doświadczonych zaklinaczy i zielarzy.

          - Im bliższe wydaje się osiągnięcie celu, tym dalej w rzeczywistości się od niego znajduję – mruknął do siebie cicho, odkładając z powrotem zwoje na półkę. Albo ktoś - lub coś - usilnie stara się, żebym nie trafił na właściwą odpowiedź… Albo najzwyczajniej w świecie ona nie istnieje, pomyślał. Myślał tak niemal za każdym razem, gdy jego poszukiwania nagle zamierały w martwym punkcie lub gdy coś, co z pozoru wydawało się bardzo obiecujące, okazywało się zupełnie nietrafioną, niezbyt pomocną poszlaką. Porażki nigdy nie były czymś przyjemnym, ale na Corusa zdawały się one nie mieć trwałego wpływu – wystarczyło zaledwie kilka dni, żeby otrząsnął się z ponurego nastroju i zaczął na nowo dążyć do obranego wcześniej celu ze zdwojoną zawziętością.

          Obecnie jednak - zniesmaczony zmarnowanym czasem, który mógłby poświęcić czemuś bardziej wartościowemu – brązowy wilczur chwycił powieszony na oparciu krzesła wysłużony, brązowy płaszcz z kapturem, a następnie gestem łapy przywołał do siebie płomienie znad świec. Te zaś pomknęły do niego natychmiast, przybierając kształt niebieskich, świetlistych kul, po czym zawisły w powietrzu nieco przed nim, oświetlając drogę pomiędzy skąpanymi w mroku regałami, rzucając swój blask na wszelkiej maści księgi i zwoje. Na wielu z nich zdołała osiąść już ciężka warstwa kurzu, a gdzieniegdzie pająki rozsnuły gęste sieci, czekając w nadziei na posiłek w postaci owada, który nieopatrznie zapuści się pomiędzy owe sterty ksiąg.

           Ziewając szeroko Corus szedł przed siebie z lekko spuszczoną głową, zastanawiając się, co teraz powinien zrobić. Przyjść tu jutro i ze świeżą głową spróbować coś znaleźć? Szanse na powodzenie raczej były znikome, biorąc pod uwagę, że siedział tu już od niemal trzech dni, z przerwami jedynie na posiłek i sen w tawernie. Wypytywać lokalnych? Nie, to mogłoby wzbudzić podejrzenia, jeśli dotarłoby do odpowiednich uszu. Opuścić miasto i ruszyć w innym kierunku w nadziei na odnalezienie lepszego źródła wiedzy? Ostatnia opcja brzmiała najrozsądniej, ale coś wewnątrz mówiło mu, że pośpiech nie jest tu wskazany. Parlas skrywało w sobie coś, co czekało na ujawnienie, nie było co do tego wątpliwości – od momentu, gdy tylko przekroczył bramy miasta wyczuł, że znalazł się we właściwym miejscu i czasie. Dlaczego, zapytałby ktokolwiek. Sam chciałbym wiedzieć, odparłby wilk.

          Gasząc magiczne światło gestem łapy i wychodząc spomiędzy regałów do rozległego pomieszczenia, stanowiącego główną czytelnię biblioteki Tenebrae uświadomił sobie nagle, że półmrok, który panował pomiędzy regałami nie był jedynie winą ich wysokości i szczelnego zapełnienia książkami. Spoglądając przez duże, oszklone okna stwierdził, że na zewnątrz od dawna panuje już głęboka noc. W mieście płonęło zaledwie kilka latarni, a słaby blask księżyca, rzucany na ulicę i dachy domów raz za razem ginął za chmurami, które powoli przesuwały się na niebie, kierując się na południowy – zachód.

          Bibliotekarz, stary i niemal całkowicie siwy samiec wydry, spał w głębokim fotelu przy swoim zawalonym księgami i skryptami biurku, z jedną z nich wciąż trzymaną w łapie. Świece, umieszczone w świeczniku podobnym do tego, z którego korzystał Corus, zdołały się już całkiem wypalić. Podchodząc do biurka wilk zastukał lekko łapą w stół, a następnie cicho odchrząknął. Wydra poruszyła się niespokojnie przez sen, mamrocząc coś niewyraźnie o tym, że nie wolno rzucać księgami w bibliotece, po czym ocknął się i przeniósł zaspane, nieco zdziwione spojrzenie znad okrągłych, lekko skrzywionych okularów na brązowego Anthrena.

          - Mistrz Reylight? – Bibliotekarz wyprostował się z trudem w fotelu, rozciągając zesztywniałe kości. – A już zaczynałem myśleć, że planuje pan spędzić kolejną noc pomiędzy regałami. - Myślę, że cztery noce wystarczą aż nadto – odparł z uśmiechem Corus, patrząc jak stary samiec zdejmuje okulary z nosa i zaczyna przecierać je rąbkiem koszuli. Odkąd zawitał do brzegów Tergar po długiej podróży z Carmond, ukrywał zarówno swoje prawdziwe imię i nazwisko, jak i magiczne umiejętności. Mimo iż świat był ogromny, a podróżowanie po nim zajmowało nieraz długie tygodnie, wiadomości i plotki o konkretnych wydarzeniach i osobach rozchodziły się nieraz z zatrważającą prędkością, niejednokrotnie zmieniając swoją formę, nim ostatecznie docierały do docelowego słuchacza. A z tego co zdołał zauważyć po niemal roku pobytu na kontynencie, nie brakowało tu uszu, które chciały słuchać, by wykorzystać pozyskaną wiedzę do własnych celów.

          – Choćbym był nie wiadomo jak głodny wiedzy, zmęczenie i głód w końcu zaczynają brać górę, przez co umysł staje się przytępiony i niepodatny na dalsze przyjmowanie informacji – dodał. – Poza tym muszę zaznaczyć, że pana uprzejmość wyrasta wysoko ponad innych Anthrenów – większość na pewno już dawno pogoniłaby mnie kijem.

          Wydra zaśmiała się, nakładając z powrotem okulary.

          - Schlebia mi mistrz, nie przeczę – odparł, wstając powoli z fotela i rozprostowując z trudem zesztywniałe mięśnie. – Ważniejsze jest jednak dla mnie to, że istnieją jeszcze na tym świecie tak żądni wiedzy jak pan. Nic tak nie raduje serca jak zapomniana księga zdjęta z regału i kurz opadający z jej grzbietu.

          Podchodząc do niewielkiego regału, zawalonego najróżniejszymi szpargałami po krótkiej chwili poszukiwań zdjął z niego nową świecę, a następnie zapalił ją i powoli zaniósł do swojego biurka. Ciepły blask padł na pysk jego i wilka, rzucając światło na porozkładane na blacie księgi i zwoje. Spoglądając na nie kątem oka Corus zauważył, że większość zapisano Pradawną Mową, co nieco go zaskoczyło – zarówno w Calei, Carmond czy Tergar spotkał do tej pory niewielu Anthrenów, ludzi, elfów czy krasnoludów, którzy potrafiliby posługiwać się tym językiem w sposób, który pozwoliłby im na odczytanie tak starych, niejednokrotnie skomplikowanych zapisków. Nawet wśród bibliotekarzy i skrybów znajomość Pradawnej Mowy była rzadkością.

          - A więc… W końcu sukces? – zapytała wydra, rzucając wilczurowi zaciekawione spojrzenie. – Przyznaję, dział w który się pan zapuścił nie należy do najprostszych. Wielu wychodziło już stamtąd z pustymi łapami, wściekli na to, że stracili swój cenny czas na przeszukiwanie starych, bezwartościowych skrawków papieru. Corus zaśmiał się w odpowiedzi.

          - Cóż, chyba niewiele różnię się od nich, przynajmniej pod względem odnalezionego materiału – odparł, z trudem powstrzymując potężne ziewnięcie. Teraz, gdy gorączka poszukiwań zaczęła powoli opadać, z każdą chwilą coraz bardziej czuł zmęczenie. – Nie traktuję tego jednak jako porażki – dla mnie jest to kolejny etap w dążeniu do celu. No i trzeba pamiętać, że biblioteka w Parlas nie jest jedyną na świecie.

          - Może i nie jedyną, ale na pewno z bogatym zbiorem. – Starzec zmarszczył brwi, a w jego głosie dało się wyczuć lekki wyrzut. Corus nie mógł mu mieć tego za złe – wiedział doskonale, że po wielu latach spędzonych między ciężkimi regałami biblioteka stawała się domem, zaś księgi potrafiły stać się dziećmi, żoną czy znajomymi. Nie był to najszczęśliwszy los, jaki mógłby spotkać Anthrena, ale większość bibliotekarzy wybierała go świadomie, pałając miłością do zapachu papieru, atramentu, oraz długich, zapisanych w nieznanych językach zdań. – Czy jakoś mogę jeszcze pomóc, mistrzu Reylight, nim opuści pan moje progi i uda się na spoczynek?

          - Hmmmm… Tak właściwie… To jest pewna rzecz, która nie daje mi spokoju. – Wilczur ponownie stłumił ziewnięcie, odwracając się w kierunku wyjścia z biblioteki. Nie chciał zdradzić przed wydrą swojego zainteresowania tematyką magii i zaklęć. – Rozczytując się w kilku księgach przedstawiających historię Parlas nie znalazłem żadnych wzmianek o tym, żeby w tym mieście kiedykolwiek przebywał jakiś mag. Wydało mi się to dziwne, bo bardzo często przecież słyszy się o tym, że nawet pomniejsze wioski rozsiane na kontynencie mają na swoich usługach przeróżnych zaklinaczy pogody, znachorów czy nawet początkujących adeptów magii. Bibliotekarz spojrzał na Corusa z lekkim zaskoczeniem, po czym zamyślił się.

          - Z tego co mi wiadomo, rzeczywiście w historii naszego miasta nigdy nie pojawił się ktoś taki – odparł po chwili. – Parlas jest jedną z niewielu, jeśli nie jedyną stolicą, która zbudowała swoją potęgę przy pomocy silnych łap tutejszych mieszkańców oraz najnowszych wynalazków, ściąganych tutaj z całego Tergaru. Najlepsi inżynierowie…

          - Dziękuję za tak wylewną odpowiedź! – Wilczur uprzejmym tonem przerwał natchnioną wypowiedź swojego rozmówcy. - Teraz wiem już wszystko, co było mi potrzebne i mogę ze spokojnym sercem udać się na spoczynek – dodał i nie zwracając uwagi na oburzone spojrzenie wydry szybkim krokiem wyszedł z biblioteki.

          Dzisiejsza noc była ciepła, zaś niebo było czyste i usiane nieskończenie rozległym morzem tysięcy gwiazd, pośród których dryfował bez większego pośpiechu księżyc w pełni. Niemal idealną ciszę późnych godzin nocnych zakłócało obecnie jedynie oddalone pohukiwanie sowy, która najwidoczniej polowała gdzieś w okolicy. Latarnie znajdujące się wzdłuż głównej ulicy Parlas zdołały się już wypalić, skrywając ulice w półmroku, który rozświetlał jedynie chłodny blask rzucany przez tarczę księżyca.

          Odetchnąwszy z przyjemnością świeżym powietrzem, zupełnie innym niż nieprzyjemny zaduch biblioteki, Corus powolnym krokiem skierował się w stronę tawerny, gdzie obecnie wynajmował niewielki pokój. Znajdujące się w nim łóżko może i nie należało do najwygodniejszych, ale wilczur obecnie kompletnie o to nie dbał, marząc jedynie o tym, by położyć zmęczoną, pozbawioną jakichkolwiek przemyśleń głowę na poduszce i zasnąć niczym szczeniak po całym dniu zabawy. Przeszukując głęboką kieszeń swojego płaszcza po chwili wygrzebał z niej długą, drewnianą fajkę i woreczek z tytoniem. Myśl o jej zapaleniu po tak długim czasie żmudnego przeszukiwania ksiąg chwilowo wypędziła z głowy Anthrena perspektywę snu. Rozglądając się dookoła za miejscem, gdzie mógłby na chwilę przycupnąć, zauważył drewnianą ławeczkę, ustawioną pod kamiennym murem, odgradzającym tutejszy klasztor od reszty miasta. Bez dłuższego zastanowienia podszedł do niej i usiadł na skrzypiącym, lekko chyboczącym się siedzisku, po czym zaczął pieczołowicie nabijać fajkę swoim ulubionym, pochodzącym z zachodu Calei tytoniem, korzystając z blasku księżyca padającego na całą ulicę.

          Kiedy skończył, rozglądnął się krótko po ulicy, a następnie podpalił nabity tytoń niewielkim magicznym płomyczkiem na czubku palca, pykając krótko kilka razy, aby fajka lepiej się rozpaliła. Gdy uznał, że wszystko jest w należytym porządku zaciągnął się głęboko, przez krótką chwilę rozkoszując się smakiem dymu tytoniowego, którego biały kłąb po chwili wypuścił z pyska.

          - Masz tupet, żeby śledzić mnie od co najmniej dwóch tygodni, a następnie pojawiać się tutaj po tym wszystkim, co zdarzyło się w Carmond – mruknął gniewnym tonem bardziej do siebie, niż do kogoś w pobliżu – w zasięgu wzroku nie było bowiem widać choćby żywego ducha. – Myślałem, że przy naszym ostatnim spotkaniu dałem ci wyraźnie do zrozumienia, że masz trzymać się ode mnie z daleka. Gdzieś ponad głową wilczura rozległo się pogardliwe prychnięcie.

          - Najwidoczniej zrobiłeś to niezbyt dosadnie… Albo moja ignorancja wzięła wtedy górę – odparł cichy, butny głos, nie zdradzający ani grama przejęcia słowami Corusa. - Niemniej jednak twój pech zdaje się nie mieć końca, bo oto jestem w całej swej okazałości. Coś czarnego nagle zeskoczyło z muru znajdującego się za plecami wilka i zwinnie wylądowało na ziemi naprzeciw ławki.

          Krótki rzut oka wystarczył by stwierdzić, że Anthren ma do czynienia ze zwykłym, czarnym kotem – dachowcem, który od swoich pobratymców różnił się rozmiarem (był niemal dwa razy większy) oraz niebieskimi oczami, bardzo rzadko spotykanymi zarówno wśród czworonożnych, jak i dwunożnych kotów. Nic nie wskazywało na to, aby kocur ten wyróżniał się czymś szczególnym w stosunku do swoich pobratymców. Nic bardziej mylnego!

          Corus wetchnął ciężko, nie zaszczycając Noxa swoim spojrzeniem, patrząc gdzieś w głąb uliczki i jakby nigdy nic dalej ćmiąc fajkę. Choć wyglądał na spokojnego, sierść na jego karku zjeżyła się nieco, a drewno cybucha jęknęło, gdy wilcze kły zacisnęły się na nim mocniej niż powinny. Brązowy samiec aż nazbyt dobrze pamiętał wydarzenia, które rozegrały się na ziemiach Carmond prawie piętnaście lat temu. Fakt, że siedział dziś tutaj w jednym kawałku mógł zawdzięczać jedynie swojemu niewypowiedzianemu szczęściu oraz odrobinie umiejętności, których musiał wtedy użyć. Ale to, co tamtego zimowego wieczoru zrobił Nox…

          - Jeżeli uważasz, że przyszedłem tutaj na przyjacielską pogawędkę albo po to, żeby prosić cię o wybaczenie - jesteś w błędzie – mruknął czarny kot, wskakując jak gdyby nigdy nic na ławkę, która zatrzeszczała niebezpiecznie, wystarczająco już naprężona pod wpływem ciężaru wilka. – Jestem tu jedynie po to, żeby udzielić informacji. To w jaki sposób ją wykorzystasz pozostawiam tobie.

          - Skąd w ogóle pomysł, że chcę ją usłyszeć? – zapytał wilczur, zerkając z ukosa na czarnego dachowca. – Przez tyle lat doskonale radziłem sobie bez pomocy z zewnątrz, a ty nagle zjawiasz się tutaj i łaskawie chcesz mi pomóc swoją jakże cenną informacją? Nie bądź śmieszny! Nigdy niczego w swoim życiu nie zrobiłeś bezinteresownie, więc dlaczego nagle miałoby się coś zmienić? Jedyne co mogło ulec zmianie to cena, za jaką zamierzasz sprzedać daną wiadomość. Nox zaśmiał się cicho, powoli wymachując zwisającym z ławki ogonem.

          - Mój przyjacielu! Gdybyś tylko przestał w końcu żyć w swoim bajkowym świecie, przestrzegając wszystkich tych bzdurnych, honorowych reguł, wiedziałbyś doskonale, że obecnie każda, nawet najmniej istotna informacja ma swojego nabywcę – mruknął w odpowiedzi. - Czasami są oni w stanie sprzedać dobytek całego życia, a nawet własną duszę tylko po to, by uzyskać do niej dostęp. Ty zaś… Masz nadzwyczajne szczęście! Uzyskasz ją bowiem zupełnie za darmo w ramach…

          - Trzy minuty – warknął Corus. Jego oczy i znamię na policzku rozświetlił lekki, niebieski blask, podczas gdy sierść na karku zjeżyła się jeszcze bardziej. – Masz trzy minuty na to, żeby skończyć swoją czczą pogadankę i przejść do konkretów. Jeżeli po tym czasie wciąż będziesz miał do powiedzenia coś ponad to, co chcesz mi tak pilnie przekazać – potraktuję cię jednym z gorszych zaklęć, które mam w zanadrzu. Nawet jeśli cię nie zabiję, to nie mogę zagwarantować, że nie stracisz bezpowrotnie którejś części ciała.

          Na czarnym kocie wypowiedź wilka zdawała się nie wywrzeć większego wrażenia. Jedynie jego pogardliwy uśmiech zgasł, zastąpiony przez obojętny wyraz pyska.

          - Widzę, że z wiekiem coraz bardziej brakuje ci cierpliwości. Nie jesteś już tym samym wilkiem co kiedyś, ale cóż zrobić. – Nox ostentacyjnie westchnął głośno. – W każdym bądź razie chciałem ci tylko przekazać, że za cztery dni w południe, podczas targu na głównym placu miasta pojawi się ktoś, kto posiada odpowiedzi na wiele pytań. Potrzebuje on jednak pomocy, żeby je ujawnić. Jeśli ci zależy – musisz dotrzeć do niego nim zrobią to inni i dokończą to, co wcześniej zaczęli. I… To chyba w zasadzie wszystko, co miałem Ci do powiedzenia.

          Brązowy wilczur milczał przez chwilę z cybuchem zaciśniętym pomiędzy zębami, patrząc w stronę ulicy niewidzącym spojrzeniem, jakby starał się zrozumieć to, co właśnie usłyszał. Dość szybko jednak wyjął fajkę z pyska i odwrócił się w stronę kota.

          - To chyba najbardziej bezużyteczna wiadomość, jaką kiedykolwiek otrzymałem – rzucił, patrząc na Noxa z niedowierzaniem. – Możesz mi łaskawie wyjaśnić, w jaki sposób ma ona mi w czymkolwiek pomóc? Jakikolwiek, choćby najmniejszy detal…

          - Powiedziałem ci to, co wiem i to, co powiedzieć mogę – odpowiedział oschle kocur. Zarówno oczy jego jak i Corusa spotkały się na krótką chwilę – dwie pary niebieskich ślepi zwarły się ze sobą po tak długim czasie wzajemnego unikania się.

          - Czyli jak zawsze w nieoceniony sposób mi pomagasz – warknął Corus, czterokrotnie uderzając ustnikiem fajki o ławkę, a następnie przysunął go bliżej oczu, najwidoczniej sprawdzając czy się nie zatkał. – Wykorzystałeś już swoje trzy minuty, więc zabieraj się stąd, nim potraktuję cię jednym z gorszych zaklęć, jakie dane mi było kiedykolwiek poznać.

          - Czego się nie robi dla tak oddanych przyjaciół jak ty – odparł z ironią Nox, wstając i trzykrotnie przesuwając pazurami prawej, przedniej łapy po siedzisku ławki. – Och, ależ nie musisz mi o tym przypominać. I tak nie zniósłbym już ani minuty dłużej w twoim towarzystwie. To powiedziawszy zeskoczył na ziemię i przeciągając się uniósł wysoko ogon. - Keyla cię szuka – mruknął, nie odwracając głowy w stronę brązowego Anthrena . – Spotkałem ją ponad pół roku temu, nim udałem się twoim tropem tutaj… „Co wcale nie było proste, patrząc na to jak skrzętnie zacierałeś za sobą wszelkie ślady”, dodał w myślach Nox. - Wspominała coś o tym, że od momentu tego całego… zajścia w Carmond nie miała z tobą żadnego kontaktu i że martwi się o ciebie. Mówiła też, że Alan ma coraz większe problemy z utrzymaniem wszystkiego w jednym kawałku w Calei.

          Corus przez moment wpatrywał się w grzbiet czarnego kota, zaś żar pochodzący z komina fajki na krótko oświetlił słabym blaskiem jego pysk i oczy gdy wilk zaciągnął się, a następnie wypuścił kłąb białego dymu tytoniowego ze swoich płuc.

          - Obydwoje są już dorośli i doskonale poradzą sobie z tym, co postawi przed nimi życie bez mojej pomocy. – Wilczur wysypał resztkę niedopalonego tytoniu na ziemię, przydeptał go nogą po czym wstał, przeciągając się i poprawiając swój płaszcz. – Zresztą patrząc na to, jaki jest ich ojciec… Lepiej, żebym pozostał dla nich martwy gdzieś na dnie oceanu. Wsuwając obydwie łapy w kieszenie płaszcza Corus bez choćby słowa pożegnania ruszył w kierunku tawerny, podczas gdy Nox zdołał już zniknąć w jednej z bocznych, wąskich uliczek. Jedynym śladem po ich nocnej rozmowie były wgłębienia pozostawione przez pazury czarnego kocura w ławce, oraz narastający ciężar myśli, które coraz bardziej zalewały głowę idącego Anthrena.

          A więc kolejna bezsenna noc? Lepiej być nie mogło, pomyślał, westchnąwszy cicho.
 
Fotografia Mariusz Buchtalarz

Nocne Zapiski- Pozbawiony przeszłości Daniel Superson        31-05-2020r.

 
           Gwałtowny wdech i lodowate powietrze, które wdarło się bezpośrednio do płuc, sprawiając mu ból, były pierwszymi rzeczami które sprawiły, że poczuł w sobie życie. Otwierając szeroko oczy niemal natychmiast z powrotem je zamknął pod wpływem białego, niemal palącego blasku, jaki zewsząd go otaczał. Skąd pochodziło to rażące światło? Nigdy z niczym podobnym dotąd się nie spotkał, ale… Musiał wiedzieć, co to jest. Powoli i wyjątkowo ostrożnie rozchylając powieki raz za razem, zaczął przyzwyczajać oczy do tej niezwykłej bieli.
 
          Gdy w końcu ślepia, których pionowe źrenice były mocno zwężone przez ilość światła, w końcu przywykły do otoczenia, udało mu się stwierdzić dwa oczywiste fakty – po pierwsze, że leży plecami na czymś miękkim i zimnym, a po drugie, że patrzy wprost na błękitne, bezchmurne niebo. Tylko… Dlaczego leżał? I dlaczego akurat tutaj?
 
          Obracając powoli głową to w lewo, to w prawo skrzywił się, czując jak jego kark przeszywa ból – jego ciało było jakieś dziwnie sztywne i obolałe. Ponadto nie ulegało wątpliwości, że było mu zimno, ale w tym przypadku zrozumienie przyczyny pojawiło się błyskawicznie – wszystko bowiem wskazywało na to, że leżał częściowo zapadnięty w śniegu. Obecność tego białego, zimnego puchu wyjaśniała również szok, jaki przeżyły jego oczy.
 
          No dobrze… Ale gdzie tak właściwie obecnie się znajdował? I dlaczego wszystko tak bardzo go bolało? Czuł jak każdy mięsień, którym chciał poruszyć, głośno woła o litość. Z trudem podsunął łokcie w górę tułowia, próbując odepchnął się od ziemi i dźwignąć cało do pozycji siedzącej, ale przeszywający ból pleców udaremnił mu tą próbę. Opadając z powrotem na śnieg i patrząc ku błękitowi ponad nim, odetchnął kilka razy głęboko, wypełniając płuca zimnym, ale pobudzającym powietrzem. Przecież nie mógł tak tu leżeć w nieskończoność… Musiał wstać!
 
          Wbijając zakończone miękkimi opuszkami palce w śnieg i zaciskając mocno zęby, by chociaż częściowo skupić się na czymś innym niż ból, powoli odwrócił się na bok, a następnie upadł pyskiem w śnieg. Zadowolony ze swojego niewielkiego sukcesu, poszukał przednimi łapami pewnego oparcia pod świeżą warstwą puchu, a następnie z trudem dźwignął swoje obolałe ciało do pozycji siedzącej. Niewielka ilość śniegu opadła z jego torsu i ramion, świadcząc o tym, że musiał on spaść stosunkowo niedawno… Oraz o tym, że leżał tu nieruchomo od dłuższej chwili, w dodatku całkowicie nagi, co zdołał dopiero teraz stwierdzić, rzucając krótkie spojrzenie na swoje ciało. Co więcej zauważył ze zdziwieniem, że jego brązowe futro w kilku miejscach jest osmalone, jakby miało w jakiś sposób styczność z ogniem, a na prawym biodrze było ono ubrudzone ciemną, zaschniętą krwią. Gdy jednak sięgnął w tamtym kierunku łapą, nie wyczuł pod palcami żadnej rany, a jedynie delikatną bruzdę.
 
          Rozglądając się wokół nie widział nic poza rozległą, gładką, śnieżną równiną, pozbawioną choćby pojedynczych drzew czy też niewielkich wzniesień. Jedynie w pewnym oddaleniu dało się zauważyć ciemną linię drzew oraz zarys odległych, górskich szczytów, ale były one dziwnie rozmazane i nieostre, zresztą jak wszystko w oddaleniu, na czym próbował skupić wzrok. Nigdzie nie dało się dostrzec choćby śladu żywej istoty – na śniegu brakowało jakichkolwiek śladów, a wokół panowała idealna cisza, której nie zmącił świergot choćby jednego, przelatującego ptaka. To wszystko wprowadziło go w jeszcze większą konsternację, a do ogólnego bólu wyziębionego ciała zaczęła dochodzić przeciążona napływem informacji głowa. Jasna cholera, przecież tak po prostu nie spadł tutaj z nieba, lądując na wznak w śniegu, w dodatku pozbawiony jakichkolwiek ubrań.
 
          Westchnąwszy ciężko potarł skronie palcami. Jego sytuacja nie wyglądała za dobrze – był obolały, zziębnięty (fakt, że nie zamarzł najwidoczniej zawdzięczał swojemu futru), wszystko wskazywało na to, że najbliższe ślady żywych (i rozumnych) istot znajdowały się w nieznanej mu odległości, a w dodatku słońce zaczynało chylić się ku zachodowi. Jakby tego było mało, jego żołądek zaczynał zgłaszać głośny sprzeciw wobec dłuższego braku pożywienia.
 
          Ponieważ nie pozostało mu nic innego, powoli dźwignął się z ziemi do wyprostowanej pozycji, przez chwilę czując się dość niepewnie na dwóch nogach. Nie była to jednak do końca kwestia zmęczenia – coś wewnątrz jego głowy podpowiadało mu, że zdecydowanie lepiej czułby się na wszystkich czterech łapach, zyskując na szybkości i mobilności. Szybko jednak odrzucił od siebie tą myśl – przecież nie był dzikim, bezrozumnym zwierzęciem.
 
          Ale czy na pewno? Kim, albo czym tak właściwie był i dlaczego wyglądał tak, a nie inaczej? Z jakiegoś powodu nie mógł obecnie sobie nawet przypomnieć, jak wygląda. Obecnie wiedział tylko tyle, ile były w stanie dostrzec jego oczy. Ach, ile by dał obecnie za to, żeby mieć lustro…
 
          Dokładając kwestię swojego wyglądu do narastającej listy pytań, zamiótł z poirytowaniem kilka razy końcówką swojego długiego ogona śnieg, a następnie wykonał kilka kroków naprzód, po czym kilkukrotnie przeskoczył z nogi na nogę, przykucnął i wyskoczył w powietrze, sprawdzając swoją równowagę i ogólny stan kondycji. Gdy tylko uznał, że nie powinien mieć większych problemów, ruszył w kierunku widocznego na horyzoncie lasu. Z początku wolno i nad wyraz ostrożnie, z każdym kolejnym metrem zaczynał przyspieszać, czując jak jego mięśnie odzyskują zdolność do poruszania ciałem. Płuca, które początkowo boleśnie przyjmowały nawet niewielkie porcje zimnego powietrza, ostatecznie się do niego przyzwyczaiły, pozwalając na wzięcie głębokich wdechów. Z początku powolny spacer przeszedł w marsz, z każdą kolejną minutą przybierający na długości krok i prędkości, aż ostatecznie zmienił się w lekki trucht. Uśmiechnął się pod nosem, czując jak w całe jego ciało wtacza się powoli pewnego rodzaju ekscytacja która sprawiała, że mógł na chwilę zapomnieć o chłodzie, bólu i głodzie. Jeśli tylko utrzyma takie tempo, z pewnością dotrze do lasu w mgnieniu oka i znajdzie tam pożywienie, być może jakiś ciepły kąt i kogoś, kto będzie w stanie wytłumaczyć mu parę rzeczy. Bo przecież nadal potrzebował odpowiedzi na wszystkie te pytania, kłębiące się w jego głowie.
 
          Dosyć szybko okazało się jednak, że wszystko to było dość odległą perspektywą. Po niecałych piętnastu kilometrach, które nie przybliżyły go choćby w jednej trzeciej do obranego celu, poczuł jak jego ciało słabnie z każdym kolejnym, coraz krótszym krokiem. Oddech spłycił się i przyspieszył, zaś ból mięśni, wcześniej ledwo odczuwalny, wrócił ze zdwojoną siłą. Narastający głód tylko pogarszał sprawę, przyprawiając go o nieprzyjemny, bolesny ucisk w okolicach żołądka. Zatrzymując się, opadł na jedno kolano, wbijając drżące łapy w śnieg i starając się uspokoić kompletnie rozstrojone ciało. Wygląda na to, że moja obecna kondycja pozostawia wiele do życzenia, pomyślał z ironicznym uśmiechem, powoli normując swój oddech. Czy od zawsze był pozbawiony wytrzymałości, czy też miały na to wpływ obecne zmęczenie i głód? Skoro nie znał swoich limitów, nie był w stanie określić, jak dużą odległość jest w stanie pokonać w ciągu jednego dnia. A to oznaczało, że utrzymując obecne tempo mógł wcześniej paść z głodu i wycieńczenia, niż w ogóle dotrzeć do linii lasu.
 
           Zaciskając łapy w pięści, uderzył głową o śnieżną skorupę pod sobą, pragnąc odsunąć od siebie jakiekolwiek myśli o porażce. Nie mógł się poddać! Nie teraz, gdy zaledwie odrobina wysiłku fizycznego dzieliła go od odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania, oraz od pożywienia, które niemal na pewno znajdowało się pomiędzy wysoko rosnącymi drzewami. Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić pod względem logiki, nie miał jakiejkolwiek gwarancji na to, że znajdzie tam kogokolwiek, kto będzie umiał odpowiedzieć mu na choćby jedno z jego pytań, oraz że trafi na jakąkolwiek zwierzynę… Nie wspominając już o tym, że nie miał bladego pojęcia, jak ją upoluje.
 
          Tylko czy w jego obecnej sytuacji było w ogóle miejsce na logiczne myślenie? Mógł obecnie po prostu usiąść na śniegu, popłakać rzewne nad swoim losem i cierpliwie czekać, aż dopadnie go śmierć… Albo mógł też umrzeć, przynajmniej próbując walczyć z tym, co obecnie z każdą chwilą zdawało się coraz bardziej nieuniknione.
 
          Biorąc głęboki, już nieco spokojniejszy wdech, podniósł się ze śniegu, skupiając spojrzenie na rysującej się przed nim, ciemniejącej linii wysokich drzew, po czym ponownie ruszył truchtem a ich kierunku, mając w głowie tylko jedną myśl – dotrzeć na miejsce, nim zapadnie zmrok.
 
*
 
          Spowite czernią niebo mieniło się już setkami gwiazd, a sierpowaty księżyc nieśmiało spoglądał na ziemię, gdy oparł się o pień najbliższego drzewa, a następnie zsunął się powoli po chropowatej korze w dół, upadając na kolana. Jego oddech był krótki i chrapliwy, z trudem udawało mu się utrzymywać w miejscu częściowo uniesione powieki. Wbijając pazury głęboko w pień, by uchronić się przed upadkiem na pysk w śnieg, lekko uderzył czołem o pień wysokiego, pozbawionego liści buka, walcząc z ogarniającą go sennością. Z trudem przywołując na pysk słaby uśmiech, zaśmiał się cicho pod nosem. A więc jednak udało mu się dotrzeć na miejsce!
 
          Biorąc kilka głębokich wdechów, by otrzeźwić zamroczony umysł, z niemałym trudem wyciągnął pazury z drewna, po czym ponownie wczepiając je już płycej w twardą korę wyprostował się, starając uspokoić drżące nogi. Zagryzając zęby i zagłuszając coraz bardziej przeszywający ból pustego żołądka, zaczął powoli zagłębiać się w las. Jego zmysły, przytępione zmęczeniem, nieco przybrały na sile pod wpływem nowego, nieznanego mu otoczenia, a szczególnie węch, który dotąd stłumiony jednolitością śnieżnej pustki, zaczął wyłapywać coraz to nowe zapachy. Choć wielu z nich nie był w stanie zidentyfikować, to jednak podświadomie wiedział, że żaden nie należy do pożywienia, bądź też żyjącej istoty, która mogłaby je zapewnić.
 
          Krajobraz leśnej głuszy, ukryty pod płachtą nocy był cichy i wręcz nieprzyjemnie monotonny. Miękka ściółka, w wielu miejscach jedynie częściowo zakryta śniegiem utrudniała marsz, zapadając się pod jego ciężarem. Nigdzie też nie było choćby śladu ścieżki, która mogłaby dokądkolwiek prowadzić – drzewa co pewien czas przerzedzały się tylko po to, by po kilkunastu minutach zacząć tworzyć tak ciasną gęstwinę, że musiał zbaczać z obranego przez siebie kierunku.
 
          Kolejne metry, które przebywał z umysłem zamroczonym zmęczeniem i głodem, były drogą przez mękę, pozbawioną wyraźnego końca. Kilka razy potknął się, upadając i dodatkowo obijając sobie i tak już obolałe ciało, za każdym razem z coraz większym trudem dźwigając się do pozycji na wpół wyprostowanej. Entuzjazm, który poczuł w sobie gdy tylko osiągnął linię lasu, wyparował bez śladu, pozostawiając jedynie desperackie pragnienie odpoczynku – nie ważne już gdzie i w jaki sposób – oraz ściskający ból żołądka.
 
          I wtedy, gdy ostatkiem sił wlókł swoje wycieńczone ciało naprzód, nie do końca wiedząc nawet dokąd idzie, jego noga natrafiła na pustkę. Nim zdołał w jakikolwiek sposób zareagować, już staczał się w dół po stromej ścianie kotliny, nie mając nad swoim ciałem żadnej kontroli, obijając się o zmarznięty grunt i wystające korzenie. Uderzając żebrami po lewej stronie o kamień, poczuł przeszywający ból świadczący o tym, że zapewne jego kość nie wytrzymała siły impaktu. Niewiele ponad sekundę później poddało się prawe przedramię, łamiąc się z głuchym chrupnięciem o gruby
 
           Kiedy w końcu zatrzymał się na dnie stromego wąwozu, upadając z impetem pyskiem w śnieg, znieruchomiał, bojąc się oddychać. Ból, który promieniował od złamanych kości i obitych mięśni był na tyle silny, że samiec nie potrafił opanować chaosu i rozbicia, które wypełniały jego organizm i umysł. Pobawiony trzeźwego myślenia, niemal podświadomie zwinął się w kłębek niczym dzikie, zranione zwierzę na tyle, na ile pozwalało mu na to obolałe ciało, drżąc. Jedyne, o czym był teraz w stanie myśleć to rozpaczliwa ucieczka od bólu i potrzeba odczucia choćby odrobiny ciepła w tej mroźnej, leśnej głuszy.
 
          Nim jego świadomość osunęła się w nicość, zdołał jeszcze przez przymknięte oczy dostrzec jakiś słaby, migoczący blask, który w niewyjaśniony sposób nagle pojawił się koło niego. Ciepłe światło zdawało się rozlewać po jego ciele, częściowo łagodząc ból i wypierając ogarniające go zimno. A więc to nazywają magią, pomyślał… Po czym stracił przytomność.
 
***
 
          Szedł szybko ścieżką prowadzącą pośród drzew, które poruszały się niespokojnie pod wpływem gwałtownego wiatru, szarpiącego jego długim płaszczem. Gęste kłęby ciemnego dymu gryzły go w oczy, wypełniając nos zapachem spalonego drewna i trawy. Ptactwo i zwierzyna mijały go co chwilę, uciekając w popłochu. Jego oddech był nierówny, cały był roztrzęsiony, ciężko było mu zebrać myśli. Jego umysł wypełniały złe przeczucia. Dlaczego jeszcze nie minął nikogo ze swojego gatunku? Dlaczego nikt nie krzyczał?Cokolwiek znajdowało się przed nim, będzie to miało wpływ nie tylko na niego, ale być może również na wiele innych żyć wokół. Nie wiedział, czego może się spodziewać, ale musiał się z tym zmierzyć.
 
          Kiedy w końcu wypadł spomiędzy drzew, jego oczom ukazał się przerażający widok. Duża polana, na której niegdyś stały zabudowania, pomiędzy którymi rosły stare, omszałe dęby i buki została spalona niemal do szczętu. Częściowo zwęglone pnie płonęły wciąż niczym pochodnie, natomiast budynki z nimi sąsiadujące zdążyły się już zapaść pod własnym ciężarem. Wyrywając się z niewidzialnych szponów zaskoczenia, które początkowo unieruchomiły jego ciało, ruszył biegiem pomiędzy zgliszczami. Rozglądając się na boki, dość szybko odkrył powód, dla którego nie było słychać krzyków mieszkańców – ich poczerniałe, spalone ciała leżały wszędzie tam, gdzie nagle zastała ich śmierć. Wielu z nich zdołał poznać osobiście, gdy odwiedzał to miejsce kilka razy w roku, a oni przychodzili do niego ze swoimi problemami. Przez jego plecy przebiegł nieprzyjemny dreszcz, a w jego głowie przerażenie toczyło walkę z narastającym gniewem. Ktokolwiek dopuścił się tak bezlitosnego czynu, musiał ponieść konsekwencję swoich działań.
 
Gdy tylko udało mu się przedrzeć przez kłęby gryzącego dymu do centrum wioski, zatrzymał się gwałtownie. Pośrodku pogorzeliska i ruin znajdował się głęboki krater, od którego wciąż biło palące ciepło, wysuszające oczy i boleśnie parzące w pysk. Tego typu lej mógł powstać tylko z dwóch powodów – uderzenia meteorytu, bądź też niekontrolowanej, magicznej eksplozji. To drugie obecnie było dla niego bardziej prawdopodobne – wciąż wyczuwał wokół zanikające z każdą minutą ślady potężnego…
 
          Nagle coś poruszyło się pośrodku leja. Nie, to przecież niemożliwe, żeby ktoś tam był, przecież niemal natychmiast by spłonął, pomyślał. Osłaniając ramieniem oczy i nos, przybliżył się powoli, by móc się lepiej przyjrzeć… Po czym poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości.
 
Ktoś tam był.
 
          Niewyraźna sylwetka wyprostowała się powoli z pozycji na wpół klęczącej, podnosząc coś z wypalonej ziemi… A następnie odwróciła głowę w jego stronę, przeszywając go spojrzeniem szmaragdowo-zielonych ślepi.
 
***
 
          Otwierając szeroko oczy krzyknął głośno z przerażenia, nagle uświadamiając sobie że leży na plecach. Chciał się jak najszybciej podnieść, ale jedyne co osiągnął to ból, przeszywający całe ciało. Co tak właściwie się stało? I jak się tu znalazł? A przede wszystkim – gdzie obecnie się znajdował?
 
          Obracając w miarę możliwości obolałą głową stwierdził, że znajduje się we wnętrzu niewielkiego, prowizorycznego namiotu, leży na posłaniu ze skóry i jest nakryty czymś, co wyglądało na zwierzęce futro. Ponownie chciał wstać, ale mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa, nie wspominając o ostrym bólu, promieniującym z jego żeber i lewej nogi. Wyczuwał też dziwną sztywność i lekki ucisk wzdłuż łydki i kolana. Spróbował poruszyć nogą, ale okazało się, że coś nie pozwala mu jej zgiąć. Doprawdy dziwne…
 
          Nagle materiał przy wejściu do namiotu zaszeleścił, uniósł się i do środka wszedł… Anthren, bo właśnie taka nazwa dla tego stworzenia była obecnie najbardziej właściwa, wręcz oczywista. Skąd ją znał? Nie miał bladego pojęcia, ale bardziej zastanawiało go, czy on sam wygląda podobnie… Czy jest Anthrenem.
 
          Tymczasem ktoś, kto zapewne musiał być właścicielem namiotu, odłożył przy wejściu trzymane w łapie trzy martwe króliki, a następnie zsunął kaptur ciepłego płaszcza, wykonanego z białego, gęstego futra. Oczom poturbowanego ukazała się głowa kota – śnieżnobiałego leoparda (sam nie wiedział skąd, ale wszystkie te nazwy i skojarzenia nagle wracały do jego głowy w postaci niewielkich przebłysków) o brązowych cętkach, turkusowych oczach i długiej grzywie, z pyskiem naznaczonym niewielką blizną w okolicy nosa. Spojrzenie owego kota niemal od razu przeniosło się na niego. Nie był tego do końca pewien, ale w tych ślepiach dało się dostrzec troskę.
 
          - No proszę, śpiący królewicz w końcu otworzył oczy. Zaczynałam się już martwić, że w ogóle się nie obudzisz. – Anthren odezwał się do niego ciepłym, spokojnym głosem, obdarzając go ciepłym uśmiechem i uświadamiając mu, że ma do czynienia z samicą. – Leżałeś tak w śnie nieruchomo od niemal tygodnia… Choć może z drugiej strony nie powinnam się dziwić, patrząc na to, w jakim stanie cię znalazłam.
 
           Zdejmując z siebie ciężki płaszcz i odkładając go obok jego posłania, Anthrenka nagle ukazała się jego oczom w pełnej swej okazałości, zupełnie naga. Jej ciało, bardzo ładne w swych proporcjach jak zauważył, było uzupełnione odrobiną wypracowanych mięśni, co wskazywało na to, że samica zapewne radziła sobie bez czyjejkolwiek pomocy z większością problemów. Futro i długi ogon były zadbane, choć nie do przesady.
 
          Podchodząc do niego, przyklęknęła przy jego posłaniu i przysunęła mu do pyska stojącą przy posłaniu manierkę. Pierwszy łyk orzeźwiającej, czystej wody zepchnął niepokój i strach na drugi plan, nagle wysuwając na pierwszy plan gwałtowne pragnienie. Pociągając łapczywie kilka razy życiodajny płyn zakrztusił się, co wywołało u Anthrenki lekkie rozbawienie.
 
          – Spokojnie! – mruknęła z uśmiechem, czekając aż samiec przestanie parskać.          – Chyba nie zamierzasz zaraz wstać i wyjść z namiotu?
 
          Nie wiedząc do końca jak powinien zareagować na jej słowa, ponownie przysunął pysk do szyjki manierki, już o wiele spokojniej pijąc kolejne łyki wody, nieustannie wpatrując się w panterę.
 
          – Kim jesteś? – zapytał, gdy tylko zaspokoił pragnienie, z powrotem układając głowę na skórach, krzywiąc się przy tym nieco z ból, lecz nie spuszczając białego kota z oczu. – Co się ze mną stało? Gdzie ja jestem?
 
          – Ledwo się obudziłeś, a już tyle pytań! – Samica zaśmiała się cicho, odłożyła manierkę, a następnie zsunęła z niego wierzchnie nakrycie i zaczęła uważnie przyglądać się jego ciału. Jak się okazało, on również był kompletnie nagi (co, chcąc nie chcąc, wywołało w jego umyśle lekki dyskomfort, na który nie był nic w stanie obecnie poradzić, będąc unieruchomionym), zaś jego tułów, nogi i ramiona były w kilku miejscach owinięte bandażem. Dodatkowo lewa noga była usztywniona dwoma kawałkami drewna, co tłumaczyło fakt, że nie mógł nią poruszać.
 
          – Hmmmm, no więc po kolei – mruknęła, przesuwając palcami po opatrunkach. Dotyk, jej palców był delikatny, ale mimo to samiec kilkukrotnie skrzywił się z bólu. – Na imię mam Melyssia i należę do grupy wędrownych łowców. W tym roku polujemy w lasach i równinach Verry…
 
          – Verra? – zapytał zaintrygowany.
 
          – Tak. To kraj, w którym obecnie się znajdujemy – odrywając oczy od bandaży, spojrzała na niego z zaskoczeniem. – Musisz chyba pochodzić z daleka, skoro o tym nie wiesz.
 
          Zamierzał otworzyć pysk, żeby coś odpowiedzieć, ale zamiast tego zamilkł, spuszczając głowę i z zakłopotaniem przyglądając się własnym łapom. Ich budowa była bardzo zbliżona do tych, które posiadała Melyssia.
 
          – Jak się tu znalazłem? Ja… Nie do końca pamiętam, co się wydarzyło. Widać musiałem uderzyć się w głowę – mruknął cicho, ponownie przenosząc spojrzenie na samicę i uśmiechając się z zakłopotaniem. „Tak naprawdę to nic nie pamiętam… Od początku”, dodał w myślach. Nie chciał wyjść w oczach Anthrenki na jakiegoś dziwaka, szwendającego się po lesie bez celu.
 
         – Przyciągnęłam cię tutaj wraz z moja przyjaciółką na noszach, które udało mi się wykonać z gałęzi i kawałka materiału – odpowiedziała, przysuwając się bliżej i uważnie oglądając jego opatrunek na głowie. Gdy znalazła się tak blisko, mógł poczuć zapach jej futra – naturalny, a jednocześnie delikatny, przyjemnie łaskoczący w nozdrza. Starając się nie skupiać zbytnio wzroku na jej piersiach, spojrzał gdzieś w bok namiotu, jeszcze bardziej zakłopotany. – Nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego znalazłeś się w tamtym wąwozie, choć pewnym jest, że musiałeś spaść w dół, lub stoczyć się po jego zboczu. Miałeś szczęście, że akurat tego dnia przechodziłam tamtędy wraz z moją grupą – przenosiliśmy się wtedy z obozem z jednej części lasu do drugiej. Chyba tylko Opatrzność sprawiła, że wybraliśmy drogę przez wąwóz. Gdybyś został tam choćby kilka godzin dłużej, w najlepszym przypadku nabawiłbyś się poważnych odmrożeń na całym ciele.
 
          Samiec wzdrygnął się mimowolnie, gdy po jego ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nagle pomyślał o koszmarze z którego się wybudził i o nieprzyjemnych, zielonych oczach.
 
          – Gdzie jest reszta twoich towarzyszy, z którymi wędrowałaś? – zapytał, chcąc zająć swoje myśli czymś innym. – Czy oni też rozbili tutaj obóz?
 
          Melyssia pokiwała przecząco łbem.
 
          – Nie mogli sobie pozwolić na zbyt duże opóźnienie w podróży, więc postanowili ruszyć dalej – odparła, odsuwając się od samca. Na jej pysku nagle odmalował się smutek. – Powiedzieli, że zaczekają na mnie już na miejscu. Oni… Uznali, że nie warto poświęcać uwagi komuś, kto już dogorywa i tylko mógłby ich spowolnić, lub co gorsza, uszczuplić ich zapasy żywności, wody i ziół.
 
          Mrucząc pod nosem coś na temat pozbawionych uczuć osłów, Anthrenka przysunęła do siebie moździerz, a następnie sięgnęła do niewielkiego skórzanego woreczka po garść zasuszonych liści i korzeni, które zaczęła rozcierać. Namiot wypełnił się orzeźwiającym zapachem nieznanych samcowi ziół.
 
          – Przykro mi, że przeze mnie musiałaś zostać w tyle – powiedział cicho, spoglądając na Melyssię z nieukrywanym zmartwieniem. – Skoro byłem tak długo nieprzytomny, musiałem być dla ciebie niczym kula u nogi. Gdyby nie ja…
 
          Samica uderzyła tłuczkiem w denko naczynia z impetem, przerywając mu.
 
          – Nigdy nie zostawiłabym na śmierć kogokolwiek, nieważne kim by był, raz jak bardzo byłby ranny – mruknęła, rzucając mu gniewne spojrzenie. – Nikt nie zasługuje na śmierć w samotności.
 
          Zmieszał się, spoglądając gdzieś w bok, starając się uniknąć jej przeszywającego spojrzenia. Zawdzięczał jej życie, ale obecnie nie mógł w żaden sposób się odwdzięczyć. Co gorsze – był dla niej obecnie dodatkowym obciążeniem, przez które mogła mieć problemy.
 
          – No ale, ja tu opowiadam cały czas o sobie, natomiast ty nic nie wspominasz o swojej osobie. – Kończąc rozcieranie ziół, Melyssia wyciągnęła ze swojej torby niewielki flakonik, z którego dodała kilka kropel oleistej substancji do miski, a następnie całość zaczęła dokładnie mieszać przy pomocy drewnianej łyżki. – Skoro już ocaliłam ci życie, wypadało by chyba opowiedzieć co nieco o sobie, nie uważasz? – Spojrzała na niego z nieukrywanym zaciekawieniem.
 
          Jemu zaś nagle zaczęło robić się gorąco. Uśmiechając się lekko, gorączkowo zaczął myśleć o tym, co powinien odpowiedzieć. Nie mógł jej opowiedzieć o sobie czegokolwiek, bo nic nie pamiętał. Nie miał najmniejszego pojęcia, dlaczego akurat znalazł się w danym miejscu i czasie, oraz co go tu skierowało. Jak jednak będzie wyglądał w jej oczach, gdy przyzna się do tego otwarcie? A może powinien zmyślić jakąś historię i grać według niej dopóki bieżąca sytuacja wyjaśni się choć odrobinę? Choć Athrenka sprawiała wrażenie miłej i przyjaznej, to nie był do końca przekonany, czy powinien jej zaufać. Ale czy mógł sobie pozwolić na takie wątpliwości, gdy leżał unieruchomiony w jej namiocie, zdany jedynie na jej łaskę?
 
          – Proszę – przysuwając się do niego ponownie, samica podsunęła mu do pyska łyżkę z nałożoną porcją roztartych ziół, uśmiechając się przy tym uprzejmie. – Musisz zjeść je powoli, dokładnie przeżuwając. Przyspieszą gojenie się wewnętrznych ran i złagodzą nieco ból.
 
          Posłusznie biorąc do pyska gęstą, ziołową mieszankę skrzywił się pod wpływem jej gorzkiego smaku i nieprzyjemnego pieczenia, które pozostawiała na języku i gardle.
 
          – Ja… – zaczął cicho, gdy tylko przełknął, a Melyssia już przystawiła mu do pyska kolejną łyżkę. Tak bardzo chciał powiedzieć jej to wszystko, co się w nim kotłowało, narastając do chwili gdy obudził się w tym namiocie. Byli tutaj tylko on i ona – nie mógł obecnie zaufać nikomu innemu. – Ja nic nie pamiętam – wydusił z siebie z trudem, zamykając oczy i nerwowo zaciskając palce łap na swoim posłaniu. – Nie wiem dlaczego się tu znalazłem. Nie wiem skąd przyszedłem, co robiłem wcześniej, kim byłem w przeszłości, jaki byłem… Nie wiem… – głos mu się załamał. – Nie wiem nawet jak się nazywam, ani jak wyglądam.
 
          Anthrenka zamrugała lekko z zaskoczeniem, z łyżką wciąż przyłożoną do jego pyska. Po chwili jednak westchnęła cicho i odkładając na bok miseczkę i łyżkę, pochyliła się nad nim i delikatnie obejmując jego barki łapami, przytuliła się swoim nagim ciałem do niego, czym był kompletnie zaskoczony,
 
          – Wszystko będzie dobrze, spokojnie – wyszeptała. W jej bliskości i cieple było coś kojącego – coś, co sprawiło, że potok myśli zwolnił, a niepewność i napięcie częściowo ustąpiły. Gdyby tylko był w stanie unieść nieco wyżej ramiona, z pewnością teraz by ją objął, pragnąc by nigdy go już nie puściła ze swoich objęć.
 
          Tymczasem samica po chwili wycofała się z widocznym zakłopotaniem.
 
          – Szczerze mówiąc, kompletnie nie spodziewałam się takiej odpowiedzi – mruknęła, nerwowo przeczesując grzywę na karku palcami. – Niestety niewiele mogę ci pomóc, jeśli chodzi o pamięć. Pierwszy raz spotkam się z kimś, kto stracił ją niemal całkowicie… – spojrzenie jej turkusowych oczu było pełne współczucia. – Znam jednak kogoś, kto zajmuje się takimi sprawami w Cavor, stolicy sąsiedniego kraju. Być może on będzie w stanie ci jakoś pomóc.
 
          – Dziękuję – rzucił, obdarzając Melyssię niewielkim uśmiechem. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak dużo znaczy dla mnie fakt, że w ogóle mi pomagasz. – Nie gadaj głupot, to nic takiego – odparła, machając przy tym łapą i śmiejąc się cicho, już nieco luźniej. Pochylając się nad nim ponownie podała mu zioła, które wziął do pyska, krzywiąc się nieco mniej niż na początku.
 
          – Jeśli chodzi o to, jak wyglądasz, najlepsze byłoby lustro… Ale chyba mogę mniej więcej opisać twój wygląd, jeśli pomoże ci to w jakikolwiek sposób.
 
          – Przynajmniej będę świadom swojego wyglądu. – Przełykając lekarstwo, zaśmiał się cicho. – Reszta będzie musiała zaczekać do momentu, aż będę w stanie sam stanąć na nogi.
 
          Anthrenka przytaknęła skinięciem łba, podała mu ostatnią porcję lekarstwa, po czym odstawiła miseczkę na bok i odchrząknęła głośno.
 
          – Cóż… Nie ulega wątpliwości, że podobnie jak ja jesteś Anthrenem…
 
          A jednak!, pomyślał, westchnąwszy cicho. Odczuł dziwną ulgę gdzieś w okolicy żołądka.
 
          – … samcem, nie starszym niż 30 lat. – Melyssia kontynuowałam, z uwagą przyglądając się całemu ciału swojego „pacjenta”. – Wszystko wskazuje na to, że jesteś pumą z lekką domieszką pantery śnieżnej, patrząc na twój długi ogon i cętki na sierści. Twoją budowę ciała oceniłabym jako… Dobrą, nieco lepszą od przeciętnego Anthrena.
 
          Mógłby przysiąc, że jej spojrzenie nieco dłużej zatrzymało się na jego brzuchu i poniżej niego, po czym błyskawicznie wróciło do wysokości jego oczu.
 
           – Twoja sierść w większości jest koloru jasnego brązu i kremu. Cętki, które widziałam wcześniej na twoich plecach i nasadzie ogona są ciemnobrązowe. Podobnej barwy jest też bujna grzywa, dość niespotykana u samców twojej rasy. Brakuje ci jakichkolwiek znaków szczególnych w postaci blizn, znamion. Jedynie twoje oczy – jej przenikliwe spojrzenie zatrzymało się nieco dłużej na jego pysku i ślepiach – Ich kolor określiłabym jako pomarańczowy, co jest niezwykle rzadkie. Jak dotąd spotkałam zaledwie trójkę Anthrenów, których oczy były podobne do twoich.
 
          Melyssia jeszcze przez chwilę przyglądała mu się, po czym pokiwała łbem.
 
          – A więc właśnie tak wyglądasz. Wybacz niezbyt powalający i dokładny opis, ale nie mam zbytnio wprawy w wypowiadaniu się na temat innych…
 
          Nagle łapa pumy spoczęła na jej palcach, znajdujących się przy posłaniu samca. Zaskoczona, spojrzała na niego, po czym struchlała. Leżał bowiem z zamkniętymi oczami, po jego policzkach spływały łzy… A mimo to uśmiechał się ciepło, delikatnie zaciskając swoją łapę na jej.
 
          – Dziękuje – wyszeptał cicho.

Szort 4
 Daniel Superson - 01-10-2019r.

       Tafla ciemnej wody była spokojna, marszcząc się co pewien czas pod wpływem delikatnych fal, które leniwie wdzierały się po piasku na brzeg. Cichy szum, niezakłócany krzykiem mew czy też głośnymi rozmowami turystów, koił zmęczony umysł po całym dniu gonitwy i stresów. Spowita płaszczem nocy plaża była niczym kraina z marzeń – gwiazdy odbijały się na powierzchni wody niczym tysiące białych, pływających świetlików, podczas gdy znajdujący się na niebie księżyc rzucał swój blask zarówno na sięgający poza horyzont ocean, jak i na opustoszały brzeg, nad którym uginały się stare, rozłożyste palmy.

          Byli tutaj tylko we dwoje. On i ona, samica i samiec, Anthren i Anthrenka. Byli niczym centrum niezwykłego, wyjątkowo cichego i magicznego wszechświata, który obecnie należał tylko do nich.

          Stojąc po pas w ciepłej wodzie, Reeden obejmował Rosę wokół bioder, patrząc w jej złote oczy, odbijające na swojej powierzchni migoczące ponad nimi gwiazdy. Ona zaś, splatając ramiona wokół jego szyi i opierając się piersiami na torsie kota spoglądała w pomarańczowe ślepia Reeda z ciepłym uśmiechem, przeczesując gęstą grzywę samca palcami.

          Obydwoje trwali tak w milczeniu, doskonale rozumiejąc się bez słów. Czas zdawał się dla nich niemal zupełnie nie upływać, jakby ta ciepła, letnia noc miała trwać już zawsze. Nic nie zakłócało tej niezwykłej, cichej harmonii, jaka obecnie panowała pomiędzy piaszczystą plażą, oceanem, nieskończenie rozległym niebem usianym tysiącami gwiazd i dwójką Anthrenów.

          Unosząc wyżej jedną ze swoich łap, kuguar przesunął delikatnie jej wierzchem po policzku Rosy, gładząc go bardzo powoli, jakby chciał rozkoszować się miękkością jej sierści. Cichy pomruk zadowolenia, który wydawała z siebie tygrysica, wprawiał jej klatkę piersiową w lekkie drgania, które przenosiły się na ciało pumy. Uśmiechając się, Reed pochylił łeb w jej stronę, a następnie pocałował jej czoło.

          Zaśmiawszy się cicho, Rosa na krótką chwilę wtuliła swój pysk w gęstą sierść na jego piersi, chłonąc zapach jego ciała, zmieszany z wonią słonej wody. Chwilę później powoli, jakby niechętnie cofnęła swój łeb, by ponownie spojrzeć na Reedena, którego sylwetka skąpana była w delikatnym blasku księżyca. Jej złote oczy niemal cały czas utrzymywały kontakt z jego ślepiami, jakby w obawie, że jeśli choć na chwilę odwróci wzrok, to Reed zniknie gdzieś bez śladu, a ona zostanie tutaj całkiem sama…

          Ciepła woda raz za razem delikatnie uderzała w ich ciała, zaś szum oceanu w całej tej scenerii był niezwykłą muzyką, która wypełniała ich uszy, zastępując potrzebę wypowiadania słów. Gdzieś wysoko ponad nimi pojedyncza gwiazda przesunęła się nagle błyskawicznie po niebie, zostawiając za sobą na ułamek sekundy długi, rozświetlony ogon, nim znikła bez śladu w nieskończoności nocnego nieba.

         Łapy Rosy uniosły się powoli do góry, obejmując lekko policzki kuguara, a następnie przyciągając jego głowę bliżej swojej. Brązowy samiec poddał się jej bez choćby odrobiny oporu, po chwili mogąc z bardzo bliska przyglądać się żółtym cętkom wokół jej oczu. Czuł jej ciepły, słodki oddech na swoim policzku i pysku. Lekki dreszcz przeszedł po jego grzbiecie, a jego palce, dotąd gładzące powoli grzywę samicy, zatopiły się w nią delikatnie, przeczesując opuszkami miękkie kosmyki czarnej sierści.

          Po krótkiej chwili, która zdawała się dla Reeda trwać wieczność, pyski dwójki Anthrenów rozchyliły się delikatnie… Po czym połączyły się ze sobą w namiętnym pocałunku.

          Kuguar ocknął się nagle z głową złożoną na ramionach. Częściowo oparty o biurko i klawiaturę, najwidoczniej musiał zasnąć przed komputerem, wykończony po całym dniu w pracy i popołudniowym treningu na basenie. Odchylając się powoli w fotelu do pozycji siedzącej, Reeden skrzywił się lekko, czując jak obolałe mięśnie protestują, domagając się właściwego odpoczynku. Ziewając szeroko, brązowy kot spojrzał na okno pokoju tylko po to, by stwierdzić że noc zdążyła już na dobre spowić świat na zewnątrz. Jesienny, chłodny deszcz siekł w szyby, przypominając nieco swoim monotonicznym szumem ocean, o którym jeszcze parę minut temu śnił.

          Przecierając oczy, Anthren spojrzał na ekran monitora, a następnie zaśmiał się cicho. Tekst, nad którym pracował nim zasnął, urywał się w pewnym momencie, zastąpiony tysiącami losowych znaków, naciskanych nieświadomie przez jego ramiona i pysk, oparte na klawiaturze. „Będę musiał to jutro poprawić„, pomyślał, zapisując tekst i zamykając program, a następnie wyłączając komputer. Nim wstał od biurka, chwycił jeszcze w łapę telefon i odblokował go. Na ekranie, spomiędzy rozsuniętych na boki ikon, przywitał go roześmiany pysk Rosy. Bardzo lubił to zdjęcie – zawsze poprawiało mu humor, gdy był czymś przybity, czy też znużony ciągnącą się rutyną codzienności.

           Uśmiechnąwszy się lekko, Reed przesunął kciukiem po jej policzku, niemal czując pod opuszkiem miękkość jej słodko pachnącej sierści.

          – Już niedługo – szepnął.

Szort 3
 Daniel Superson - 09-09-2019r.

           Biorąc głęboki wdech, brązowy wilczur po kilku sekundach wypuścił powietrze z płuc, westchnąwszy przy tym ciężko. Łapy, które spoczywały obecnie na jego kolanach to zaciskały się w pięści, to rozprostowywały palce. Wpatrując się intensywnie w podłogę, Anthren poruszył się nerwowo na krześle, całym sobą walcząc z przemożną chęcią wstania i wyjścia z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem. „Nie, nie mogę się teraz poddać, muszę coś powiedzieć, to trwa już zbyt długo”, zdawał się mówić jego pysk. „Muszę w końcu to z siebie wyrzucić, inaczej nigdy nie będę w stanie ruszyć naprzód”, pomyślał zapewne, gdy na jego pysku powoli zaczęło odmalowywać się zdecydowanie. zdecydowanie, choć jego ciało i ogon wskazywały, że nerwy nie opuszczały go ani na chwilę.

          Gdy w końcu Corus uniósł łeb, patrząc przed siebie, jego błękitne, płonące oczy i lekko zaciśnięte zęby świadczyły o tym, że w końcu podjął decyzję. Splatając łapy ze sobą, około trzydziestoletni wilk otworzył pysk, zawahawszy się jeszcze przez kilka sekund… Po czym odezwał się niskim i dość spokojnym – patrząc na to, jak reagowało całe jego ciało – głosem:

          – Posłuchaj… Wiem, że minęło już kilka lat i tak właściwie staliśmy się dla siebie obcy, bo każde z nas ruszyło w życiu swoją własną ścieżką… – Wilczur zdawał się ostrożnie dobierać słowa, nie spiesząc się ze swoją wypowiedzią i wciąż patrząc przed siebie. Wiedział, że jeśli choć na chwilę odwróci spojrzenie gdzieś w bok, to będzie sprawiał wrażenie nieszczerego. Odchrząknąwszy, Corus z trudem przełknął ślinę, po czym kontynuował:

          – Tak właściwie to obydwoje zapewne ledwie pamiętamy o sobie, zajęci swoją codziennością i obowiązkami, choć na pewno w sercu nosimy wspomnienia o tym, co było… A przynajmniej ja wciąż nie mogę zapomnieć. – Pozwalając sobie na lekki uśmiech, brązowy Anthren poruszył się nieco na krześle, wsuwając swój ogon pod spód. – Och, oczywiście zdaję sobie sprawę, że może cię to nic nie obchodzić, bo przecież po co wracać do tego, od czego się odcięło… Być może nawet nie ma to właściwie dla ciebie żadnego znaczenia i puścisz to mimo uszu, a ja wyłożę tutaj smętny monolog… – Samiec zaśmiał się cicho, nieco mocniej zaciskając splecione łapy. – Po prostu chcę powiedzieć, że to wszystko co kiedyś było pomiędzy nami… Cała nasza przeszłość, tych kilka wspólnie spędzonych lat…

          Corus zawahał się na moment, przygryzając dolną wargę. Widać było, że dość ciężko przychodzi mu wypowiadanie kolejnych słów, nawet jeśli płynęły one prosto z serca po tak długim czasie. Chrząknąwszy cicho, uśmiechnął się lekko.

          – Przede wszystkim chcę ci powiedzieć, że byłem szczęśliwy – odezwał się po kilku sekundach. – Było pomiędzy nami wiele radości, wiele smutku. Zdarzały się kłótnie, brak zrozumienia, słabości. I choć nie było perfekcyjnie, a życie wciąż stawiało pomiędzy nami przeszkody, to zaznałem ciepła miłości, bliskości i zrozumienia. To, co wtedy czułem… Być może już nigdy nie zdołam o tym zapomnieć, ale chcę, żebyś wiedziała, że nie zabrałem ze sobą wyłącznie tylko złych wspomnień. Zachowałem w swoim sercu te dobre, wywołujące ciepło w sercu, gdy czasami je wspominam, choć nie kryję, że ostatnio coraz rzadziej. Otóż widzisz, moja codzienność ostatnio nie pozwala mi się rozczulać nad tym co było, a raczej nakazuje mi wciąż patrzeć naprzód i zastanawiać się nad tym, co będzie dziś, jutro, za miesiąc, za rok. Ty też zapewne nie masz czasu na to, żeby oglądać się za siebie. Tak właściwie to byłbym zaskoczony, gdybyś teraz powiedziała, że w ogóle przywołujesz moją postać w swojej pamięci. Bo i po co wracać do tego, co zakończone. Było, minęło, żyje się dalej. I ja to jestem w stanie doskonale zrozumieć. Ba, nawet cieszy mnie to, że odnalazłaś własną ścieżkę życia, po której twardo stąpasz i nie zbaczasz z niej na co dzień.

          Corus westchnął cicho, a jego wcześniejszy uśmiech nagle zniknął z pyska, zastąpiony powagą.

          – Słuchaj… Wiem, że nasze rozstanie nie należało do najciekawszych – powiedział cicho, przesuwając łapami po kolanach. – Jeśli mam być z tobą całkiem szczery, to wszystko skończyło się zupełnie nie tak, jak powinno, a nawet powiem więcej – rozeszliśmy się w swoje strony we wręcz fatalny sposób. Nie chcę w żaden sposób oceniać, kto bardziej zawinił, bo i tak obecnie nie ma to już znaczenia – przecież nigdy nie wrócimy już do tego co było, choćby w znikomy sposób.

          Brązowy wilk zamilkł na kilka sekund, unosząc łapę i drapiąc się za uchem, co zawsze świadczyło o tym, że się denerwuje.

          – Czy tak naprawdę to wszystko musiało się skończyć? – kontynuował po chwili. – Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Jakkolwiek nasza miłość wydawała się czysta, szczera i wierna, próba czasu i różne sytuacje zaczęły pokazywać, że każde z nas należy do zupełnie innego świata, stawiając sobie za priorytet odmienne sprawy. Początkowo wydawało się, że uda się nam pokonać te przeciwności… Ale obecnie przyznaję, że całkowicie poległem na tym froncie. Naprawdę szczerze chciałem naszego szczęścia, zmieniając samego siebie, wielokrotnie działając wbrew własnej logice i regułom, według których żyłem. Dość szybko jednak okazało się, że na dłuższą metę nie jestem w stanie temu podołać. Rozdarty na dwoje, chciałem jednocześnie być sobą, a z drugiej strony zależało mi na tym, żeby stać się zupełnie kimś innym. Ślepy na własne porażki i przeciwności, brnąłem dalej nie tylko wbrew sobie, ale być może i wbrew tobie. Jak długo trwało pomiędzy nami szczere, prawdziwe uczucie, a kiedy wszystko zaczęło ciągnąć się na siłę? Nie potrafię odpowiedzieć teraz i nie wiem, czy odpowiedział bym wtedy.

          Ponowne westchnięcie uszło z płuc Corusa. Widać było, że wydobywanie przeszłości z siebie sprawiało mu trudność.

          – Tamte dni, gdy wszystko się rozegrało – odezwał się tak cicho, że trzeba było się nachylić bliżej, żeby go dobrze usłyszeć. – A szczególnie ów „dramat”, który rozegrał się pomiędzy tobą a mną, gdy wszystko było już stracone… Jeśli mam być szczery, do tej pory wstydzę się tego, co wtedy się wydarzyło. Było to tak dziecinne i nieodpowiednie, że aż nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak mogłem odegrać podobną scenkę. – Brązowy wilk zaśmiał się nerwowo, ale wciąż z uporem patrzył na wprost. – Wszystko, co wtedy zrobiłem… Co wtedy pisałem… Jak się teraz nad tym zastanowić, pewnie wyniosłaś po tym wszystkim przekonanie o mnie, że jestem psychicznie chory, niezrównoważony emocjonalnie i zdolny do skrajnych posunięć, byleby zyskać to, na czym mi zależy… A tak naprawdę chciałem, żeby było ci mnie żal. Chciałem tym wszystkim obudzić w tobie uczucie, które zatrzyma cię przy mnie i które pokaże, jak wiele w tej ostatecznej chwili znaczy dla mnie choćby odrobina twojej miłości. Dobry Boże, jakim jak wtedy byłem pustym idiotą i pozbawionym wyobraźni dzieciakiem! – Corus zaśmiał się nerwowo. – Nie dość, że nic to tak naprawdę to nie zmieniło, to dodatkowo zostawiło to zapewne w twoim sercu bliznę, która już nigdy nie zdoła się zagoić. Chryste! Całe to aktorstwo… Na co był potrzebny nam ten cały teatralny dramat? Czy naprawdę nie mogliśmy się rozejść w pokoju jak dorośli ludzie? Wiem, że powiedziałem wtedy, że nie chcę żadnej przyjaźni, że nie ma mowy, żebyśmy zostali przyjaciółmi, bo nie będę w stanie podźwignąć brzemienia przeszłości, patrząc na ciebie jak na koleżankę, a nie jak na miłość swojego życia, z którą planowałem przyszłość… Ba, do tej pory pamiętam, jak wspólnie zastanawialiśmy się nad tym, że chcemy mieć swoje dzieci i jak to będzie, jeśli ty zostaniesz matką, a ja ojcem i czy podołamy nowym obowiązkom, które przyniesie nam rodzicielstwo…

         Corus zamilkł na moment, kryjąc swój pysk pomiędzy łapami. Jego palce wbiły się delikatnie w skronie, podczas gdy on sam starał się zachować spokój.

          – Oczywiście mógłbym wziąć na siebie całą winę za to co się stało… – kontynuował z oczami wciąż zasłoniętymi łapami. – … Ale uważam, że żadne z nas nie jest święte i po części przyczyniło się do tego, że wszystko ostatecznie rozleciało się jak domek z kart na wietrze. Ty i ja… My… Nasza wspólna przyszłość… Dobry Boże, chciałbym teraz myśleć, że nasza miłość była w pełni szczera, pozbawiona wątpliwości i ograniczeń, ale…

          Anthren powoli odsunął łapy z pyska. Choć jego pysk uśmiechał się nieznacznie to błękitne oczy szkliły się lekko.

          – Czasami zastanawiam się, czy powinienem cię przeprosić za to wszystko, co wtedy się stało i co wtedy powiedziałem – powiedział. Jego głos drżał przez chwilę, nim ponownie wrócił do spokojnego, głębokiego tonu. – I wiesz co? Jakkolwiek jest mi żal, że to wszystko rozegrało się w taki a nie inny sposób, nie przeproszę. Całe to „zajście” uświadomiło mi po tych kilku latach, jak dziecinny jestem i co tak naprawdę powinienem zmienić w swoim życiu. To, co się wtedy wydarzyło i nie tylko to… Patrząc na nasz związek pokazało mi, że nie wystarczy jedynie „szczera, prawdziwa, wierna miłość”. Dostałem nauczkę na całe życie… Ale jak powiadają, Anthren uczy się na własnych błędach, czyż nie?

          Uśmiechając się słabo, Corus przełknął ślinę nieco lżej niż na początku. Czuł, że w końcu udało mu się wyrzucić z siebie wszystko to, co od tak dawna w sobie gromadził, niezdolny do wydobycia swoich odczuć poza siebie przez kilka dobrych lat.

          – Chcę również, żebyś wiedziała, że nie żywię do ciebie niechęci, czy wręcz nienawiści – odezwał się po chwili. Uścisk jego łap w końcu nieco zelżał. – To co się stało… Cóż, nigdy już tego nie cofniemy. Słowa, które wtedy padły, na zawsze już zostaną wyryte w naszej pamięci. Zdjęcia, pamiątki… To wszystko przestało już mieć znaczenie, dawno zapomniane, rzucone głęboko w kąt lub zniszczone w przypływie gniewu. Mógłbym zapytać, czy posiadasz jeszcze jakąkolwiek pamiątkę po nas u siebie… Ale czy ma to sens?

          Anthren odetchnął głośno. W końcu zrzucił z siebie ciężar, który od kilku lat ciążył mu na sercu.

          – Tak czy inaczej, żywię głęboką nadzieję, że udało ci się ruszyć naprzód i ułożyć wszystko w życiu – mruknął samiec, przywołując na pysk nieco bardziej szczery uśmiech. – Nie oczekuję od siebie ani od ciebie, że całkowicie zapomnimy o tym co było… Nie wiem, być może tobie udało się porzucić całkowicie przeszłość… – Oczy Corusa błysnęły, gdy jego ramię poruszyło się lekko, jakby jego mięśnie walczyły z tym, co właśnie zamierzał zrobić umysł. Ostatecznie jednak jego łapa powędrowała naprzód, gotowa do uścisku. – Nie pragnę twojej przyjaźni, nie chcę też wracać do tego, co było kiedyś, bo to po prostu niemożliwe. Po prostu chcę ostatecznie zamknąć wszystko jak należy. Czy ty…

          Ramię Corusa przez moment trwało przez chwilę nieruchomo w powietrzu… Po czym brązowy wilczur cofnął je z powrotem w swoim kierunku, wpatrując się w puste krzesło, stojące przed nim. Pysk samca wykrzywił nieznaczny uśmiech, gdy ten wstał, przeczesując palcami swoją wilczą grzywę niedbałym ruchem łapy.

          „Kiedyś na pewno jej to powiem”, pomyślał… Po czym wstał i bez słowa wyszedł z pokoju, zamykając za sobą cicho drzwi.

Gdzie wilk mówi dobranoc - odcinek II
 Daniel Superson - 18-08-2019r.

           Kolejne minuty wlekły się niemiłosiernie, zupełnie jakby ktoś postanowił złośliwie przytrzymać wskazówki znajdującego się na ścianie zegara. O ile w ciągu czterech dni w pracy płynący czas nie grał aż tak bardzo roli, to w piątek od około 14 każda minuta była niczym odliczanie do startu w wyścigu o jedną z najwyższych nagród. Nagle wszystko, co aktualnie miało się przed sobą do zrobienia, stawało się dwa razy bardziej skomplikowane… I dwa razy bardziej męczące.

          Przeciągając się w fotelu, samiec pumy o cętkowanej, kremowo – brązowej sierści w wieku ok. 30 lat zdjął z pyska okulary, przecierając oczy palcami, po czym spojrzał nieco otępiałym spojrzeniem na stos dokumentacji, znajdującej się obok jego monitora na biurku. Pomimo dość intensywnego dnia pracy ich ilość nie zmniejszyła się zbytnio, ba – nawet zdołała jeszcze bardziej się powiększyć o kolejne zadania. Jednakże im bardziej wskazówki zegara zbliżały się w okolice godziny 15:30, tym bardziej przestawało to mieć znaczenie. Siedzący za biurkiem Reeden myślał już tylko o tym, że za parę minut zamknie swoją szafkę, wyłączy komputer i będzie mógł udać się w kierunku swojego przytulnego mieszkania, pozwalając, by jego głowę wypełniły w większości dwa słowa – „piątek” i „weekend”. Nic nie było w stanie obecnie przyćmić mu wizji spokojnego wieczoru na tarasowym krześle, ze szklanką zimnej whisky z colą w łapie.

          -Landshey! – krzyknął ktoś nagle do ucha kota tuż za jego plecami. Zaskoczony samiec podskoczył w swoim fotelu, uderzając boleśnie kolanem w spód biurka i rozsypując na podłogę część papierów. Klnąc głośno odwrócił się z żądza mordu wymalowaną na pysku… Stając oko w oko ze swoim szefem, ciemnobrązowym jeleniem, który zbliżał się powoli do 50tki. Jego imponujące poroże jak zawsze było idealnie wypolerowane, a przepraszający wyraz pyska chłopca, który coś właśnie nabroił miał niewiele wspólnego z tym, co aktualnie działo się w jego głowie, o czym Reeden po dziesięciu latach pracy w tym miejscu wiedział aż za dobrze.

          -Jareh! Ależ mnie wystraszyłeś! – rzucił z udawanym rozbawieniem Anthren, rozcierając kolano, a następnie pochylając się, by pozbierać papiery z podłogi. Zwracanie się do szefa na „ty” zawsze traktował bardziej jako konieczność niż przyjemność, ale z drugiej strony wiedział, że jego przełożony lubi odnosić wrażenie, że jest dobrym przyjacielem każdego ze swoich pracowników. – Ty jeszcze nie w drodze? Wspominałeś coś o tym, że zrywasz się wcześniej, żeby zdążyć na lotnisko… – dodał, rzucając ukradkiem spojrzenie na elektroniczny zegar znajdujący się w centralnej części biura. 15:20… Najwyższy czas, by zacząć zamykać interes i za chwilę znaleźć się w drodze do swojego przytulnego mieszkania.

          -Annie musiała jeszcze skoczyć po coś do sklepu, będzie tutaj za kilka minut… Sam wiesz, jak to jest z kobietami – odparł jeleń, biernie przyglądając się jak Reed zbiera z podłogi dokumenty. – Niemniej jednak powinniśmy zdążyć na czas. Inaczej trzeba będzie odwołać nasz lot na Jamajkę, a tego nasz synek chyba by nie przeżył! – Jareh zachichotał tak, jakby taka sytuacja była całkiem zabawną błahostką. Reeden zawtórował mu niezbyt entuzjastycznie, odkładając na biurko poskładane papiery. Dla niego perspektywa wyjazdu na Jamajkę brzmiała tak samo niewiarygodnie jak trafienie szóstki w Lotto, więc nie był w stanie sobie wyobrazić, że mógłby od tak machnąć łapą na wcześniej zakupione bilety i wykonaną rezerwację.

          -No ale mniejsza o mnie. Kiedy ty w końcu wybierzesz się na urlop? – Jareh podszedł do samca i objął go ramieniem, przyglądając mu się niemal z ojcowską troską. – Od dwóch miesięcy nie wziąłeś choćby jednego wolnego dnia… Nie zbrzydło ci już towarzystwo moje, czy też twoich kolegów? – dodał, zaczepnie szturchając Reedena w bok. Ten zaś zaśmiał się cicho, z całej siły powstrzymując się przed chęcią „oddania” Jarehowi, przypadkiem łamiąc mu co najmniej jedno żebro.

          -Mam już w planach termin, ale chciałbym jeszcze wyczyścić zaległości, zanim wyjadę gdziekolwiek dalej – mruknął w odpowiedzi samiec, starając się zabrzmieć tak, jakby opuszczał swoje stanowisko pracy z ogromnym żalem, nie mając pewności czy firma sprosta swoim obowiązkom bez jego obecności. Może i miał nieco pracy do podgonienia, ale obecnie jedyne o czym marzył to nie oglądać budynku redakcji „Głosu Podkarpacia” przez co najmniej trzy tygodnie. Swój telefon zaś najchętniej pozbawiłby baterii i wrzucił do najbardziej zagraconej szuflady w domu, oznajmiając jedynie najbliższym gdzie w razie potrzeby mają go szukać.

          -Nie przesadzaj, nie może być aż tak źle! W końcu jesteś jednym z moich najlepszych pracowników! – Jareh poklepał go po ramieniu z iście szelmowskim uśmiechem, od którego najzwyczajniej w świecie robiło się niedobrze. – Ale skoro nie masz zamiaru uciekać jeszcze na urlop, chciałbym, żebyś przygotował dla mnie jeden, mały artykuł, na którym bardzo by mi zależało…

          W końcu dotarł do sedna sprawy. Po jaką cholerę w ogóle wysilał się z tą całą gadką?, pomyślał Reeden, udając uprzejme zaskoczenie słowami jelenia. Zegar na komputerze pokazywał już 15:32.

          -Nie powinno być z tym najmniejszego problemu – odparł Reeden, nie do końca dowierzając swoim własnym słowom, – Czego pan potrzebuje? Jakiś mały reportaż, wywiad z kimś znanym? – zapytał, siląc się na uśmiech, jednocześnie wewnątrz siebie marząc już tylko o tym, żeby być w drodze do swojego niewielkiego, przytulnego mieszkania na rzeszowskim Podwisłoczu.

          -Tak właściwie… To chyba obydwa naraz. – Jeleń uśmiechnął się lekko, po czym zaczął gorliwie grzebać w kieszeni spodni, by wyciągnąć po chwili z niej telefon. Odblokowując ekran, zaczął czegoś na nim w pośpiechu szukać. – Otóż widzisz… Kilka dni temu dostałem wiadomość z bardzo interesującymi zdjęciami od mojego kolegi, który akurat przebywał na Solinie. Po ich analizie uznałem, że ten temat zdecydowanie nadaje się właśnie dla ciebie. Głównie dlatego, że znajduje się na nich ktoś, kogo w danym miejscu i czasie w ogóle nie powinno być.

          Łapa Reedena, która aktualnie wkładała do torby puste pudełko po drugim śniadaniu zamarła w bezruchu, podczas gdy ten spojrzał swojego szefa z nieukrywanym, lekkim zaciekawieniem. Jareh może i miał swój charakterek i sposób bycia, ale jego nos nigdy się nie mylił, jeśli chodziło o wynajdowanie ciekawych tematów na artykuł.

          -Mam! – zawołał tryumfalnie Jareh , po czym skinął na Reeda łapą. Brązowy kot podszedł do niego żywym krokiem, zaglądając mu przez ramię. W jednej chwili zapomniał o tym, że lecą mu już nadgodziny. – Jakość być może nie powala, ale jak na talerzu widać na nich to, co jest dla nas obecnie najbardziej interesujące. Z tego co mi wiadomo, zrobił te zdjęcia, spędzając wieczór ze swoimi znajomymi w „Sztygarce”…

          „Sztygarka”… Jedna z największych i najbardziej popularnych „mordowni” na Podkarpaciu, jeśli nawet nie w skali całego kraju. Zjeżdżali się tu nie tylko najwybitniejsi przedstawiciele przestępczego światka Pogranicza, ale również znani bieszczadzcy „poszukiwacze guza”, oraz bogacze i biznesmeni, którzy znudzili się już swoim szarym, wielkomiejskim życiem i pragnęli poczuć przypływ adrenaliny w żyłach, porzucając swoje garnitury w miejsce podniszczonych ubrań zwykłych Anthrenów.

          Reeden przypuszczał, że do grona tych ostatnich należał właśnie kolega Jareha, ale wolał nie wypowiadać swoich przemyśleń na głos w obecności szefa, więc zamiast tego pochylił się nieco, by przyjrzeć się z bliska zdjęciu na wyświetlaczu telefonu. Przez kilka sekund jego pysk nie wyrażał niczego, jedynie jego nos zmarszczył się nieznacznie, jakby Anthren starał się sobie coś przypomnieć… A potem nagle jego oczy otworzyły się szeroko.

          -O kurwa… – wymsknęło się mu mimowolnie.

          -Żebyś wiedział, że „o kurwa”. – Jareh uśmiechnął się lekko, po czym z powrotem wsunął telefon do kieszeni. – Według informacji pochodzących bezpośrednio z polskiego wywiadu, typek powinien siedzieć w jakimś zatęchłym, brazylijskim więzieniu, a tymczasem swobodnie przechadza się po Solinie i w dodatku wygląda na to, że załatwia interesy z naszymi lokalnymi przemytnikami. Jakim cudem się tu znalazł? I co takiego może zaoferować naszym po tym, jak wystawił ich wszystkich kilka lat temu do wiatru? Będziesz miał za zadanie się tego wszystkiego dowiedzieć, a następnie wysmarować z tego odpowiedni artykuł. I co ty na to, hm? – zapytał, spoglądając na Reeda z lekko uniesioną brwią.

           Brązowy kot spojrzał na pysk jelenia w milczeniu, myśląc gorączkowo. Oczywiście mógłby odmówić, podając za powód fakt, iż miał obecnie w planie zarezerwowanie małego domku we włoskiej części Alp, gdzie zamierzał wybrać się wspólnie z Rosą, co Jareh zapewne przyjąłby z wielkim żalem, a następne przynajmniej raz w tygodniu wypominałby mu zmarnowanie tak świetnego tematu na artykuł, ale… Reed poczuł, jak po jego karku przebiega lekki dreszcz ekscytacji, którego od dawna nie miał okazji doświadczyć. Taki temat mógł się już nigdy więcej nie trafić, szczególnie z tak znaną osobistością kryminalnego podziemia w roli głównej, w dodatku przebywającą w najdzikszym rejonie kraju… A poza tym była to doskonała okazja, żeby wyrwać się z czterech ścian rzeszowskiego biurowca w inny sposób niż tylko wzięcie chorobowego czy urlopu po tak długim czasie pisarskiej posuchy.

          -Tydzień czasu i dam ci cały materiał na tacy – mruknął Reeden, wciskając przycisk zasilania od swojego komputera. Wyglądało na to, że chwilowo będzie musiał zapomnieć o relaksie w swoim ulubionym fotelu, ze szklanką whisky z lodem.

          Stary autobus z pewnymi trudnościami pokonywał wzniesienie, co dało się wyczuć po jego spadającej prędkości, oraz coraz głośniej wyjącym silniku. Reeden skrzywił się, słysząc jak przekładnia zgrzytnęła głośno po tym, jak kierowca zredukował bieg, starając się utrzymać odpowiednie obroty. Rozpinając bardziej koszulę, Anthren wystawił z lekko otwartego pyska język, starając się ochłodzić – klimatyzacja w tym autobusie była jedynie prawie zatartą naklejką na obdrapanej karoserii. Dlaczego nie zdecydował się na przyjazd tutaj swoim wychuchanym Sceniciem, gdzie na pewno byłoby o wiele wygodniej i chłodniej? Sam do końca nie był pewien, ale zapewne jednym z powodów były kiepskie drogi, na których szkoda mu było zostawić zawieszenie, szczególnie po wjechaniu w jakąś większą dziurę.

          Spoglądając przez zabrudzoną szybę, starał się dostrzec cokolwiek poprzez gęstą linię świerków i buków, które od paru dobrych kilometrów zasłaniały widok po obydwu stronach drogi. Kilka razy zdawało się mu, że pomiędzy drzewami dało się dostrzec błyszczącą w oddali wodę, oraz wzniesienie i coś, co przypominało resztki ogromnej, betonowej ściany. Oczywiście słyszał wielokrotnie co najmniej kilka historii o tym, co kilkadziesiąt lat temu stało się z największą w skali kraju zaporą wzniesioną na Sanie, jednakże wszystkie te pogłoski i konspiracyjne poglądy nigdy nie przemawiały do wyobraźni Reeda. Nie ulegało jednak wątpliwości, że doszło do tragedii, o której usłyszała nie tylko Europa, ale również cały świat.

          Gdy autobus w końcu dotarł do szczytu wzniesienia, oczom pumy ukazał się dość ponury widok. W miejscu, gdzie zapewne niegdyś znajdowała się potężna i solidna zapora, zbudowana pomiędzy dwoma ścianami skalnych wzniesień, obecnie ziała jedyne ogromna wyrwa, a w jej dolnej części, pomiędzy kawałkami gruzu wielkości samochodów ciężarowych leniwie sączył się San. Resztki zapory wciąż sterczały ze skał po obydwu stronach, gdzieniegdzie zwisając w dół na potężnych, stalowych zbrojeniach. Teren poniżej zapory doskonale pokazywał, jaką moc musiała mieć woda z Zalewu Solińskiego, gdy w jednej chwili została uwolniona – wszystko było tutaj obdarte z ziemi i drzew do gołej skały. Po moście i dużym odcinku drogi, niegdyś łączących Solinę z resztą świata nie pozostał choćby najmniejszy ślad, a w miejscu, gdzie rzeka skręcała lekko w lewo by ominąć sąsiednią górę, znajdowało się potężne wyżłobienie, jakby woda bez większego problemu oddarła ze wzniesienia spory kawałek, zabierając go ze sobą.

           Reeden wzdrygnął się lekko, podczas gdy autobus skręcił, kierując się w stronę starej części Soliny, pozostawiając z tyłu ruiny zapory. Zerkając krótko na pozostałych ośmiu pasażerów Anthren stwierdził, iż na żadnym z nich tamten widok nie wywołał choćby najmniejszego wrażenia – spoglądali oni bez większych emocji w ekrany swoich telefonów, dwójka z nich drzemała, a siedzący blisko Reeda ryś czytał z uwagą jakąś książkę. „Zapewne tutejsi, albo często tędy przejeżdżają i już zdążyli przywyknąć”, pomyślał, choć z drugiej strony nie był w stanie sobie wyobrazić, jak można było się przyzwyczaić do tak ponurego obrazu. Tym bardziej, jeśli się pomyślało, ile żyć tamtego dnia ogromna fala zabrała razem ze sobą.

          Gdy po pół godziny jazdy Reeden wysiadł z autobusu wraz ze swoim bagażem, z zaciekawieniem zaczął rozglądać się wokół po niegdyś najpopularniejszym kurorcie turystycznym w Bieszczadach. Obecnie dawne budynki hoteli i restauracji stały opustoszałe i popadały w ruinę, nie wspominając o tym, że ciężko było zobaczyć tutaj jakiegokolwiek turystę. Okoliczna roślinność zdziczała, a droga w wielu miejscach nie nadawała się już do remontu. Oczywiście kilka mniejszych ośrodków wciąż funkcjonowało dla ludzi takich jak znajomy Jareha, oraz dla „gości” udających się do „Sztygarki”. A skoro już mowa o tym lokalu… Brązowy kot spojrzał w kierunku rzędu budynków znajdujących się wzdłuż ulicy, która niegdyś prowadziła w kierunku zapory, po czym westchnął cicho i poprawiając swoją softshellową kurtkę na ramionach, ruszył w tamtą stronę, wmawiając sobie w myślach, że wszystko uda mu się załatwić od łapy i będzie mógł szybko z powrotem znaleźć się w Rzeszowie.

          Nagle do jego uszu zaczął docierać narastający warkot silnika. Znajdując się zaledwie kilkadziesiąt metrów od wejścia do lokalu, Reeden spojrzał z zaciekawieniem w drogi prowadzącej do Polańczyka. Po chwili, zjeżdżając powoli w dół, zza zakrętu wyłonił się czerwony Ził, którego chłodnica sprawiała wrażenie, jakby za wszelką cenę chciała się wydostać na zewnątrz komory silnika. Siedzący w szoferce tygrys kiwał lekko głową w rytm głośnej rockowej muzyki, wydobywającej się z głośników samochodu. Osłonięta materiałem paka i mocno obniżone zawieszenie sugerowały, że kierowca wiezie dokądś całkiem spore ilości towaru. Odprowadzając Ziła wzrokiem, Anthren zobaczył jak samochód wpada w nieco większą dziurę w asfalcie, podskakuje na niej lekko, a coś niewielkiego wypada przez uchylony z tyłu brezent na drogę. Kierujący tygrys najwidoczniej nie zwrócił na to uwagi, ponieważ samochód po kilku sekundach zniknął mu z pola widzenia, jadąc dalej drogą prowadzącą w kierunku Ustrzyk.

          Reeden mógłby to zignorować i po prostu wejść do „Sztygarki”, ale jego wrodzona, czasami wręcz dziecięca ciekawość wzięła górę. Zostawiając bagaż na skrzyżowaniu, pobiegł szybko w miejsce, gdzie na asfalt upadła niewielka część załadunku. Zatrzymując się na środku drogi przykucnął, a następnie podniósł z niej niewielkie pudełko, które nie miało na sobie żadnych napisów i było częściowo otwarte. Czując jak po karku przebiega mu dreszcz, Anthren rozglądnął się na boki, by sprawdzić czy nie jest przez nikogo obserwowany, a następnie powoli uchylił wieczko, wyciągając z pudełka niewielkie, elektroniczne urządzenie. Kilka sekund oględzin w zupełności wystarczyło, żeby bez najmniejszych wątpliwości rozpoznać cyfrowy detonator do ładunku wybuchowego. Czując, jak serce pochodzi mu do gardła, Reed wyprostował się i spojrzał w kierunku, w którym odjechał czerwony samochód. Teraz już doskonale wiedział, jaki załadunek znajdował się na jego pace.

          Otrząsnąwszy się z szoku i w duchu namiętnie przeklinając swoją ciekawość, Reeden szybkim krokiem wrócił do swojego bagażu, wsuwając do kieszeni kurtki znalezione urządzenie i kierując się w stronę „Sztygarki”. Gdy po kilku minutach zatrzymał się przed obskurnym wejściem do lokalu, spojrzał na nie bez większego entuzjazmu. Frontowe drzwi i okiennice były w kilku miejscach podrapane i pęknięte, a w napisie prezentującym nazwę brakowało kilku liter. Ten niezbyt zachęcający wygląd oraz dobiegające ze środka głośne krzyki odebrały brązowemu samcowi część odwagi, którą od kilku dni tak bardzo starał się wewnątrz siebie zbudować. „Już za późno na to, żeby się wycofać„, pomyślał. Przełykając z trudem narastającą w gardle gulę, Reeden położył łapę na klamce… A następnie ją nacisnął

SZROT 2 - Daniel Superson - 04-08-2019r.

           Westchnąwszy cicho, brązowy wilk odłożył na rozścielony kawałek plandeki notatnik i długopis, a następnie zdjął okulary i zaczął przecierać zmęczone oczy. Gdy po chwili podniósł głowę, zaczął rozglądać się po znajdujących się w oddali wzniesieniach i leniwie płynących po niebie chmurach, celowo unikając spojrzeniem swoich narzędzi pisarskich .

          Siedząc na niewielkiej półce porośniętej złotą trawą i borowiną, położnej kilka metrów poniżej szlaku i ukrytej przed oczami przechodzących powyżej turystów przy pomocy ogromnego, szpiczastym kamieniem, Corus mógł rozkoszować się chwilą spokoju z dala od ciekawskich, a niekiedy wręcz natarczywych spojrzeń i codziennych, pospolitych rozmów, jednocześnie nie tracąc nic z otaczającego go krajobrazu. To właśnie to miejsce zazwyczaj wybierał, chcąc poszukać natchnienia do napisania jednego ze swoich tekstów, porzucając otaczające go ściany pomieszczeń oraz miasto, którego „smrodem” przesiąkał nieuchronnie z dnia na dzień coraz bardziej.

          Praca, dom, obowiązki… To wszystko sprawiało, że coraz ciężej było się mu skupić na wyskrobaniu choćby paru konkretnych zdań, a co dopiero mówić o jakimkolwiek dłuższym tekście. Obecnie wszystko zdawało się odciągać jego uwagę od pisania – niejednokrotnie łapał się już na tym, że zastanawiał się, czy nie pisać swoich tekstów w jakimś odizolowanym, pozbawionym Internetu miejscu. Tylko czy naprawdę tyle zachodu miało jeszcze jakikolwiek sens?

          Ukrywając pysk pomiędzy łapami, brązowy wilczur wbił lekko pazury w swoją skroń, zaciskając zęby. Coraz częściej zastanawiał się, czy tak naprawdę w ogóle chce jeszcze pisać. Jeszcze kilka lat temu, gdy miał wierne grono czytelników i znajomych poza miejscem zamieszkania, sprawiało mu to przyjemność. A potem, gdy wszystko bardzo szybko się zmieniło, a obowiązki dorosłego życia przygniotły go niczym walec….Obecnie każdy kolejny tekst po prostu był… I nie wnosił do jego serca jakiejkolwiek radości, czy też satysfakcji.

          Corus zaśmiał się cicho sam do siebie. A może po prostu stawał się leniwy, uznając że skoro jest tak bardzo zapracowany, to na pewno nie da rady znaleźć czasu na rozwój swoich pisarskich umiejętności i szukał na siłę wytłumaczenia oraz wymówek?

          -Cześć!… Ummm… Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?

          Wyrwany z ponurych przemyśleń, Anthren uniósł głowę, przenosząc spojrzenie błękitnych oczu na rudą lisicę o fioletowych oczach, która uśmiechała się przepraszająco. Jej ubiór i plecak świadczyły o tym, że ma już spore doświadczenie w chodzeniu po górach i nie trafiła do tej „kryjówki” całkowicie przez przypadek.

          -Ani trochę – odparł, przywołując lekki uśmiech. Nie czekając na to aż samica zapyta, czy może usiąść, zaczął przesuwać swoje rzeczy bliżej siebie, żeby zrobić dla niej miejsce. – Niech zgadnę… Ławki na szlaku są obecnie oblegane?

          -Oblegane to mało powiedziane – rzuciła ze zniesmaczeniem w głosie lisica, podchodząc do Corusa z lekkim onieśmieleniem. Zrzucając z ramion ciężki plecak, rozłożyła na borowinie obok samca swoją kurtkę, na której po chwili przycupnęła. – Nawet kanapki nie można zjeść w spokoju, bo zatrzymuje się w gardle za każdym razem, gdy na ciebie patrzą. Zupełnie jakby chcieli za wszelką cenę sprawdzić, z czym jest ta kanapka… – dodała, szukając czegoś we wnętrzu plecaka.

          Corus pokiwał ze zrozumieniem głową, uśmiechając się przy tym z politowaniem. Upływające lata i nagły wzrost liczy turystów nauczyły go aż za dobrze cenienia własnej prywatności podczas podróży, czy też na szlaku. Nigdy nie należał do odludków, ale doskonale zadawał sobie sprawę, że każdy w życiu potrzebuje chociaż przez ten głupi kwadrans pobyć w samotności. A że jego „kwadrans” minął już stosunkowo dawno, nie miał nic przeciwko towarzystwu lisicy, która sprawiała wrażenie uprzejmej i spokojnej. Była też ładna – jej futro było zadbane, czarna grzywka opadała jej na jedno z oczu,a kształty ciała, choć nie nadmiernie wydatne, przyciągały wzrok. Brązowy wilk nie mógł się powstrzymać, by co pewien czas nie rzucić na nią okiem.

          Tymczasem lisica wyjęła z plecaka zawiniątko oraz mały termos. Gdy go odkręciła, do nosa Corusa niemalże od razu dotarł aromat ciepłej, nieco słabej kawy. Z pewnym żalem myśląc o nieco już chłodnej herbacie owocowej w swoim termosie, Anthren kątem oka obserwował, jak samica pałaszuje kanapkę ze smakiem.

          -Smacznego, … Umm… – zaczął, po czym zająknął się z zakłopotaniem. Nie znał imienia samicy.

          -Tira – wymamrotała z pełnym pyskiem lisica, uśmiechając się przy tym z pewnym wysiłkiem. Wilczur z trudem powstrzymał ciche parsknięcie.

          -A zatem ponownie życzę smacznego, Tira – odpowiedział. – I tak przy okazji, jestem Corus – dodał, wyciągając łapę w jej stronę. Odkładając kubek, samica uścisnęła ją z lekko onieśmielonym uśmiechem. Gdy ponownie sięgnęła po kawę, jej spojrzenie zatrzymało się na leżącym obok wilczura otwartym notatniku i długopisie. Jej oczy zdawały się błyskawicznie chłonąć kolejne linijki wersji roboczej tekstu, nad którym obecnie pracował brązowy Anthren. Corus to zauważył i chrząknąwszy głośno, sięgnął po swoje zapiski, zamykając czarne, mocno podniszczone okładki, dodatkowo opasane rzemykiem.

          -Przepraszam cię najmocniej, nie powinnam – wymamrotała Tira, gdy tylko przełknęła spory kęs kanapki, kładąc po sobie uszy i wbijając spojrzenie w swoje nogi. – A więc… Jesteś pisarzem? – zapytała po chwili kłopotliwej ciszy, starając się nawiązać dialog.

          -Mniej więcej – mruknął w odpowiedzi Corus, niezbyt szczęśliwy z faktu, że lisica zaczynała rozmowę na temat, którego wolał obecnie unikać. – Czasami zdarzy się mi przypadkiem napisać parę linijek tekstu w odpowiedniej kolejności, przez co ostatecznie nawet da się to przeczytać po kilku głębszych kieliszkach. – Wilk zaśmiał się cicho w dość ponury sposób. Zawsze utrzymywał wobec siebie dystans i nigdy nie pozwalał sobie na to, żeby przechwalać się swoimi umiejętnościami przed innymi.

          -Nie opowiadaj głupot! – zawołała Tira nieco głośniej niż zamierzała, po czym dodała już znacznie ciszej, nie patrząc na wilka. – Ten tekst, który zacząłeś pisać, o miłości… Zdążyłam przeczytać zaledwie kawałek, ale uważam, że brzmi on bardzo ładnie i obiecująco. – Lisica uśmiechnęła się ciepło.

          Pysk Corusa wykrzywił lekki grymas.

          -„Szczera, prawdziwa i wierna miłość aż po koniec”, hm? – Brązowy samiec sięgnął do swojego plecaka, grzebiąc w nim powoli. – Oczywiście nie dziwi mnie fakt, że podobna tematyka przypadła Ci do gustu, w końcu jesteś samicą. Singielka, jeśli się nie mylę?

          -Tak… – odparła niepewnie Tira, spoglądając na Corusa z zaskoczeniem. – Nie rozumiem jednak, co to ma do rzeczy…

          -Jesteś jedną z tych, które wierzą, że spotka je ta jedyna, najwspanialsza miłość. – Nie patrząc na Anthrenkę, wilk wyjął z plecaka termos i odkręcając go, nalał do kubka chłodnej już herbaty. – Że samiec, na którego trafią, będzie je kochał wiernie, oddanie, całym swoim sercem i zrobi dla nich wszystko, poświęcając cały swój czas tylko im. Że wspólnie pokonają wszelkie przeciwności losu, zawsze znajdą szczęście choćby w najmniejszej rzeczy i nigdy nie będą musieli się martwić o przyszłość… Otóż muszę z przykrością wyprowadzić cię z błędu – taka miłość nigdy nie istniała, nie istnieje i nie będzie istnieć.

          Corus pociągnął z kubka solidny łyk herbaty, spoglądając w niebo i nie zwracając uwagi na wyraz pyska Tiry, która obecnie nie odrywała od niego wzroku.

          -Skąd w ogóle pomysł, że kogoś szukam? – zapytała lekko drżącym głosem, odkładając swój termos z powrotem do plecaka. – Może jest mi dobrze z tym, że jestem sama?

          -Ponieważ twoja reakcja na moje słowa aż nazbyt klarownie pokazuje, że uderzyłem w pogląd, którego do tej pory trzymałaś się niczym świętości – odparł spokojnie samiec. – Ponadto na tamtych dwóch stronach notatnika miałem zapisane trzy różne koncepty tekstów, a ciebie zainteresowało akurat tych kilka niezbyt imponujących linijek dotyczących miłości. Dlaczego akurat nie fantasy, ani krótki kawałek wiersza?

          -Nawet jeśli… – warknęła z lekkim poirytowaniem Tira. – To, o czym mówisz, wcale nie musi mieć odzwierciedlenia dla każdego z nas. Każdy z nas kocha inaczej, a to, że ty nie potrafisz poradzić sobie z miłością i zapewne z nikim nie byłeś…

          -Byłem z kimś, dla kogo chciałem oddać wszystko – warknął Corus, patrząc prosto na lisicę. – Uparcie brnąłem w uczucie, które nie miało przyszłości. Trzymałem się go rozpaczliwie niczym tonący brzytwy, ciągle powtarzając sobie, że nigdy nie spotka mnie nic lepszego. Ślepo wierzyłem w to, że dwoje ludzi z zupełnie różnych światów, o niemal przeciwnych poglądach będzie w stanie się zrozumieć, pokochać, wspierać. Tak jak ty teraz wierzyłem, że miłość, która tak głęboko zakorzeniła się w moim sercu, pokona wszelkie przeszkody, pomoże mi lepiej zrozumieć drugą stronę, pozwoli mi zmienić się na lepsze. Pozwoliłem, by moje uczucia wzięły górę nad rozsądkiem, ślepo im ufając i wierząc bardziej niż słowom rodziny, przyjaciół, którzy starali się mi pomóc… I oto dziś jestem tutaj, kilka lat po rozstaniu, wiodąc nowe, własne życie, Wolny, lecz wciąż z dziurą w sercu i przekonaniem, że miłość jest tylko reakcją chemiczną, chwilowym zauroczeniem, a nawet zamroczeniem buzującymi w ciele hormonami.

          -To twoje zdanie – odparła chłodno Tira. – To, że tobie się nie powiodło wcale nie znaczy, że inni nie odnajdą w swoim życiu prawdziwego szczęścia.

          -Masz zupełną rację! – Wilczur uśmiechnął się lekko. – Każdy zapewne w końcu znajdzie swoje szczęście. Uważam jedynie, że miłość nie jest do niego wcale potrzebna. Teraz, gdy już wyzbyłem się tego toksycznego uczucia, nareszcie żyję pełnią życia, nie martwiąc się o to, czy ta druga strona coś do mnie czuje i czy są z tym jakieś problemy. Zresztą, z czego miałbym wybierać? Z tych wszystkich pustych samic, dla których obecnie najbardziej liczą się pieniądze i wygląd partnera? Jestem wolnym Anthrenem i wcale nie chcę tego zmieniać!

          -Jesteś więźniem własnej porażki – wycedziła przez zęby lisica, wstając. – Pomimo tych kilku lat wciąż żywisz do niej żal za to, że nie ułożyło się wam razem i zapewne uparcie wypierasz przy tym swoją winę. Poniosłeś mimo swoich wysiłków porażkę, więc teraz za wszelką cenę starasz się unikać tego uczucia, żeby po raz kolejny nie wplątać się w cokolwiek emocjonalnie… Żeby po raz kolejny nie oddać całego serca i umysłu dla tej jednej samicy. Jesteś sam ze sobą zapewne tylko na własne życzenie, ponieważ unikasz wszelkich możliwych spotkań, a każda próba poszukiwań kończy się dla ciebie fiaskiem, albo porzucasz ją jeszcze zanim zaczniesz. Mówiąc o tym, że nie ma prawdziwej miłości uważasz się za doświadczonego przez los mędrca, który chce służyć radą innym, a tak naprawdę jesteś niczym niemowlę w powijakach. Jednokrotne doświadczenie i kilka napotkanych po drodze osób nie czyni cię wszechwiedzącym i doświadczonym przez los! Najpierw czegoś spróbuj, a dopiero później wciskaj taki kit innym!

           Podnosząc z borowiny kurtkę, Tira założyła ją byle jak na siebie, zarzucając na ramię plecak, po czym przeszła obok milczącego Corusa, który wciąż trzymał w łapach kubek z niedopitą herbatą, spoglądając w nieokreślony punkt na niebie. Nagle jednak Anthrenka zatrzymała się w pewnym oddaleniu od samca, zaciskając łapy w pięści i zagryzając wargi. Po kilku sekundach odetchnęła jednak głęboko.

          -Życzę ci, żebyś pomimo tych wszystkich słów, znalazł miłość i szczęście, które zaprzeczą twoim poglądom i pokażą ci, że jednak istnieje wszystko to, czemu zaprzeczasz, Corusie – powiedziała cicho, stojąc plecami do wilczura. Otworzyła jeszcze pysk, jakby chciała coś dodać, ale najwidoczniej się rozmyśliła, bo po chwili odeszła, wspinając się po wzniesieniu z powrotem na szlak i zostawiając brązowego wilka samego.

          Corus, który przez chwilę jeszcze patrzył do góry, po chwili opuścił łeb w dół, spoglądając na brązową powierzchnię herbaty, w której można było dostrzec pozbawiony wyrazu wilczy pysk.

          -Jestem szczęśliwy z tym wszystkim… Prawda? – zapytał sam siebie cicho, odstawiając kubek z powrotem na koc.

          Pojedyncze krople upadły na niewielkie listki borowiny, zsuwając się po nich powoli w dół, by bez śladu wsiąknąć w wysuszoną ziemię bieszczadzkich wzniesień.

Gdzie wilk mówi dobranoc -odcinek I - Daniel Superson - 22-06-2019r.

            Nad Pszczelinami niezbyt pośpieszenie zaczynał się kolejny, wiosenny dzień. Promienie słońca, unoszącego się coraz wyżej ponad otaczające wzniesienia, przelewały się przez korony drzew, które nie zdołały się jeszcze w pełni pokryć świeżymi, soczyście zielonymi liśćmi. Na ziemi, znajdującej się w pobliżu koryta płynącej wartko Wołosatki rósł w dużych kępach czosnek niedźwiedzi, roztaczając w powietrzu intensywny zapach, niemal zagłuszający woń kwitnących wszędzie wokół kwiatów. Wszelkiego rodzaju ptactwo już od wczesnych godzin porannych uwijało się pomiędzy niskimi źdźbłami traw i gałęziami drzew, wyśpiewując swój codzienny, donośny koncert.
 
             Popielaty wilczur poruszył się lekko w swoim śpiworze, czując jak słońce świeci mu prosto w pysk, grzejąc go nieznośnie mimo sierści, która się na nim znajdowała. I te wszystkie ptaki… Mamrocząc coś cicho pod nosem, Anthren z wciąż zamkniętymi oczami odnalazł suwak od zamka błyskawicznego, po czym rozsunął śpiwór i powoli usiadł, przecierając oczy łapami. Ziewając przy tym szeroko, okazując dwa rzędy ostrych, wilczych kłów, wilk rozejrzał się niezbyt przytomnie wokół. Jego oczy zatrzymały się na wygasłym, pociemniałym palenisku, oraz opartym kawałek dalej dużym plecaku turystycznym. Sięgając na oślep obok siebie, wymacał leżącą przy śpiworze snajperkę i to właśnie uczucie położonych na chłodnym metalu lufy palców sprawiło, że westchnął cicho z ulgą. A więc miał kolejną noc za sobą. Kolejną, w trakcie której nie został okradziony, postrzelony, lub zaatakowany przez dzikie zwierzę. A takich ostatnimi czasy miał naprawdę niewiele, odkąd znalazł się w Polsce… A już szczególnie w Bieszczadach, na dzikiej granicy łączącej ten zapomniany przez Boga i Anthrenów kraj z Rosją, która niemal 70 lat temu wchłonęła wszystkie kraje, znajdujące się przy wschodniej granicy Polski, włącznie z jej północno – wschodnią częścią. Ostatni postrzał w prawy bark, który miał nieprzyjemność dostać ponad dwa tygodnie temu w okolicach Leska od jednego z lokalnych wciąż nie mógł się zagoić.

          Gdy tylko Vaalandil wygrzebał się ze śpiwora, ruszył niezbyt entuzjastycznie na brzeg rzeki. Klękając przy jej korycie na kamieniach i marząc o tym, żeby w końcu wziąć gorący prysznic, samiec obmył łeb i pysk zimną wodą, parskając przy tym głośno. Nabierając wody do starego, mocno sfatygowanego rondelka wrócił do paleniska, rozpalając małe ognisko, by podgrzać jedną z ostatnich puszek wojskowego gulaszu. Co prawda smakował jak przesolone gówno zmieszane z konserwą i puszkowymi warzywami, ale był ciepły, pożywny i wystarczał na niemal pół dnia solidnego marszu.

          Wypadałoby uzupełnić zapasy, pomyślał Val, przeżuwając powoli w pysku kolejne porcje posiłku, zagryzając je wysuszonym chlebem. Na okoliczne wioski nie mógł liczyć – znajdujące się w nich budynki dawno już zostały splądrowane, a nawet jeśli coś pozostało, to tamtejsi mieszkańcy bronili ich za cenę własnego życia. A Val nie był jeszcze na tyle zdesperowany. Jeszcze… Tak czy inaczej, myśląc o czymś więcej niż tylko upolowana zwierzyna(o którą w sezonie zaczynało być coraz ciężej), bądź też mógł w tym przypadku ruszyć w dwa miejsca. Pierwsze z nich, Lutowiska, obecnie stanowiło dość mocno strzeżoną bazę zjednoczonych sił zbrojnych Polski, Rosji i Francji. Co prawda znał kilku tamtejszych Anthrenów, ale ich dowództwo bardzo skrzętnie pilnowało zgromadzonych zapasów i surowo karało wszelkie próby przemycania ich poza miasto. I choć nigdy zbytnio nie przejmował się losem innych, to nie chciał by inni odpowiadali za jego własne zachcianki.

          Drugim wariantem było ruszenie do częściowo zniszczonych Ustrzyk Dolnych, które aktualnie stanowiły jedną, wielką dziuplę południowo – wschodnich przemytników oraz handlarzy wszelkiej maści broni, technologii oraz narkotyków na czarnym rynku. Tu z kolei łatwiej było o znalezienie posiłku, ale równie łatwo można go też było przypłacić zranieniem, utratą części ciała, lub też swojego życia. A tego ostatniego nie zamierzał się pozbyć dla kilku puszek i suszonej szynki i miał szczerą nadzieje, że nigdy nie będzie do tego zmuszony.

          Westchnąwszy głośno, wilczur wstał, zalewając wodą z rondelka dogasające ognisko, po czym zaczął powoli się pakować, rozglądając się po spokojnym brzegu rzeki. Mgła z upływem czasu coraz bardziej ustępowała miejsca promieniom słońca, odsłaniając kolejne elementy krajobrazu. W pewnym oddaleniu od niego zaczął wyłaniać się z niej stary, sypiący się już most, który obecnie pozwalał na przekroczenie nurtu rzeki jedynie pieszo – mocno już nadkruszone kolumny, ciągle podmywane wartkim nurtem rzeki w każdej chwili groziły zawaleniem.

          Unosząc spojrzenie od kolumn w górę, Vaalandil zatrzymał na chwilę oczy na betonowym pomoście. Coś dziwnego błysnęło ponad metalową barierką, odbijając światło wiosennego słońca. Szary Anthren zmrużył swoje jedyne oko, próbując dostrzec wyraźniej coś, co znajdowało się na moście… Po czym zaklął cicho i gwałtownie odskoczył w tył, chowając się za jednym z pni drzew. Wściekły sam na siebie wyjrzał ostrożnie zza pnia, rzucając jedynie krótkie spojrzenie na most i ponownie się ukrył. Jakim cudem tak długo zajęło mu powiązanie owego błysku ze szkłami lornetki bądź też lunety w snajperce, tego nie był w stanie sobie wytłumaczyć. Nie ulegało jednak wątpliwości, że nie znajdował się w tej okolicy sam. Podstawowe pytanie obecnie brzmiało jednak – czy został zauważony, a jeśli tak, to od jak dawna był obserwowany? Mgła zaczęła się rozrzedzać stosunkowo niedawno, więc istniała szansa, że obserwujący go Anthren nie miał dłuższej sposobności, żeby się mu przyjrzeć. Ciekawski wędrowiec, którego zaaferowało ognisko rozpalone w bieszczadzkiej dziczy? Czy też ktoś na niego polował? Wrzucając w pośpiechu do plecaka swoje rzeczy i zwijając byle jak śpiwór, wilczur raz za razem rzucał ostrożne spojrzenie w kierunku mostu. Znajdujący się na nim Anthren wciąż stał w tym samym miejscu, choć Val zauważył, że unosi on łapę do głowy, trzymając w niej coś, co zapewne było krótkofalówką. Co do niej mówił i z kim rozmawiał? Jakoś nieszczególnie miał zamiar czekać, żeby odpowiedzieć sobie na te pytania.

          Zarzucając na plecy ekwipunek i przerzucając przez ramię snajperkę, popielaty wilk ruszył szybkim krokiem w kierunku prowadzącym do Lutowisk, przemieszczając się wzdłuż granicy linii drzew i kamienistego brzegu Wołosatki. Biorąc pod uwagę bliskość granicy, wolał unikać głównej drogi ze względu na częste patrole żołnierzy i zbyt dużą ilość ciekawskich oczu. Wieloletnie doświadczenie podpowiadało mu, żeby tych drugich unikać w szczególności – w dzisiejszych czasach nie można było być pewnym kto, jak i za ile sprzedaje informacje odpowiednim Anthrenom. Szczególnie jeśli miało się więcej wrogów jak przyjaciół, tak jak w przypadku Vala.

           Co pewien czas przystając, Vaalandil oglądał się za siebie, nasłuchując i węsząc w chłodnym, przesiąkniętym wilgocią powietrzu poranka, upewniając się czy nie jest śledzony. Jednakże do jego uszu obecnie docierał jedynie szum płynącej i poranny śpiew szpaków, a nozdrza wypełniał zapach mokrej, leśnej ściółki. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zmącić tego spokojnego stanu, który od setek lat panował w głębszych partiach Bieszczad, wracając na te tereny za każdym razem, gdy jakiś krótkotrwały epizod w historii starał się zburzyć panującą tu harmonię…

          Jednym z tych epizodów stał się właśnie pomruk silnika, który zaczął docierać do uszu Vala, narastając z każdą kolejną sekundą do poziomu głośnego ryku. Chwytając przewieszoną na szyi lornetkę, popielaty Anthren przyłożył ją do swojego jedynego, pomarańczowego ślepia, kierując wzrok na drogę, prześwitującą pomiędzy pniami drzew. Od strony Ustrzyk Górnych najeżdżał nią szybko stary, czerwony Ził z paką nakrytą brezentem, zostawiając za sobą chmurę pyłu i dymu, świadczącego o tym że silnik dość łapczywie pożera olej. Lakier na mocno skorodowanej szoferce w wielu miejscach był zdarty, a tam gdzie jeszcze zdołał się ostać, wyblakł i zmatowiał. Poprzez zakurzone boczne szyby ciężko było określić, kto był kierowcą, ani skąd pochodził samochód – brakowało od przodu brakowało blach rejestracyjnych.

          Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów Ził zatrzymał się na środku drogi, a jego silnik zgasł, strzelając przy tym głośno z wydechu i płosząc z gałęzi pobliskich drzew siedzące na nich ptaki. Val, który wciąż obserwował samochód przez lornetkę, poruszył niespokojnie uszami, wciąż świadomy pobliskiego zagrożenia. Nic jednak nie świadczyło o tym, że miałby być śledzony. Tymczasem po chwili drzwi szoferki otworzyły się ze skrzypieniem i powoli wysiadł z niej anthreński kierowca, przeciągając się i ziewając szeroko. Krótkie spojrzenie na jego pysk i zakręcone rogi wystarczyło, by wilk bez najmniejszego problemu rozpoznał Jinxa Quoda, lokalnego przemytnika broni, wszelkiej maści sprzętu elektronicznego… I jego dobrego znajomego. Uśmiechając się lekko, Vaalandil odsunął lornetkę od oczu, po czym poprawiając broń na ramieniu, ruszył pewnym krokiem w stronę Ziła.

          Gdy tylko wysunął się poza linię drzew, pierwszym co uderzyło jego nos był zapach mocnej kawy, wydobywający się z termosu trzymanego przez czerwono – czarną, rogatą hybrydę tygrysa i gada w łapie. Przysiadłszy na schodku prowadzącym do kabiny pasażera, częściowo poryty łuską kot sączył swój ulubiony napój powoli, z wyraźną ulgą wymalowaną na jego pysku. Ubrany w ciemną koszulkę na ramiączkach, z parą napierśników na szyi i czapką z daszkiem złudnie przypominał teraz jednego z wojskowych, co nie mogło być bardziej mylnym skojarzeniem – Jinx słynął ze swojej niechęci do wojny i polityki, która w głównej mierze ją napędzała.

          Gdy tylko Val minął linię drzew i wyszedł na drogę, „pancerny” Anthren poderwał się gwałtownie ze stopnia, przewracając na pokrytą kurzem drogę swój bezcenny termos z kawą, dobywając z przypiętej do pasa kabury pistolet i wymierzając go bez zastanowienia prosto w głowę wilka. Ten niemal intuicyjnie odpowiedział tym samym, błyskawicznie sięgając po zarzuconą na plecy snajperkę i celując nią w Jinxa. Choć znał go od wielu lat, to wyciągnięta w jego kierunku broń przemawiała sama za sobą.

          Na szczęście tygrys potrzebował zaledwie kilka sekund, by rozpoznać swojego kolegę. Schował broń z powrotem do kabury, ale nie uśmiechnął się, posępnie spoglądając na leżący w drogowym tyle termos i jego zawartość, szybko wsiąkającą w rozkruszony asfalt.

          -Dwa tygodnie zajęło mi znalezienie pół kilowego woreczka tej kawy – mruknął, mierząc Vaalandila gniewnym spojrzeniem. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy przez co przeszedłem, żeby go zdobyć.

          Wyszczerzywszy zęby w nieco złośliwym uśmiechu, popielaty Anthren z powrotem zarzucił snajperkę na plecy, po czym podszedł do niepocieszonego Jinxa i poklepał go po plecach.

          -Mam nadzieję, że dwukilowy, lniany worek Lavazzy, kupiony na targu w podziemiach Rzeszowa wystarczy, żeby chociaż częściowo wynagrodzić ci tak straszliwą stratę – odparł, po czym uścisnął kota w przyjacielskim geście. – Kopę lat! – rzucił. – Choć muszę przyznać, że nigdy nie spodziewałbym się zastać cię na tym bieszczadzkim zadupiu.

          Tygrys również uścisnął mocno wilka(co ten wyraźnie odczuł na swoich żebrach i kręgosłupie), po czym cofnął się i szczerząc swoje długie kły, poklepał łapą nakrytą materiałem pakę.

          -Jeśli towar znajduje odpowiednio płacącego nabywcę, nawet piekło nie jest zbyt odległym miejscem – mruknął, po czym przyglądnął się uważniej przyjacielowi. Jego spojrzenie zatrzymało się na bandażach, widocznych pod częściowo zapiętą kurtką, oraz świeżych bliznach na pysku. – Widzę, że pobyt w podkarpackiej dziczy też już zdołał się na tobie odcisnąć przez tych kilka lat. Znając ciebie, czujesz się tu pewnie jak ryba w wodzie.

          -Taaaa, na pewno – odparł Val, uśmiechając się ironicznie i zerkając na ciężarówkę. Nie śmiał nawet sobie wyobrażać, co może być w niej przewożone, ale skoro Jinx zapuścił się w te tereny, to musiało być to coś albo cholernie cennego i rzadkiego… Albo było tego bardzo dużo. – Czyste powietrze, natura i warunki typowo jak z sanatorium. Od czasu do czasu trafi się tylko jakiś Polak czy Ukrainiec, który odczuwa wyższą potrzebę strzelania. Ewentualnie zdarzy mi się wpaść na głodnego niedźwiedzia lub watahę wilków, z których każdy jest mojego wzrostu… Ot, nic tylko rzucić wielkomiejskie, stresujące życie i wyjechać w Bieszczady.

          Jinx roześmiał się głośno, po czym klepnął Vaalandila po plecach tak mocno, że ten ledwie ustał na łapach.

          -Wybacz, ale nie mam zbyt wiele czasu na rozmowę, choćbym i chciał – powiedział przepraszającym tonem. – Właśnie jadę rozładować towar w Ustrzykach Dolnych, a później w Solinie, żeby na koniec uderzyć na Arłamów. W tym ostatnim liczę na najbardziej lukratywną transakcję – rzucił, zakręcając termos i otwierając drzwi od szoferki. – Może mogę gdzieś cię podrzucić, skoro jadę w tamtą stronę?

          -Jeśli po drodze zahaczysz o Lutowiska, byłbym ci bardzo wdzięczny – powiedział popielaty wilczur, uważnie obserwując reakcję Jinxa. – Mam zapasy do uzupełnienia i parę spraw do załatwienia, nim ruszę dalej.

          Tak jak się spodziewał, pysk tygrysa wykrzywił lekki grymas niezadowolenia, gdy tylko usłyszał nazwę miejscowości, do której wybiera się Val.

          -Wyrzucę cię przy granicy bazy, po czym pojadę dalej boczną drogą – mruknął cicho, siadając w szoferce i przekręcając kluczyk. Ził odpalił z lekkim ociąganiem, po czym silnik zaryczał głośno, a z wydechu wystrzelił czarny gęsty kłąb spalin. – Wolałbym uniknąć szczegółowej kontroli ze strony stacjonujących tam mundurowych… No i nie mogę sobie pozwolić na opóźnienia w dostawie.

          Jednooki wilk zaśmiał się cicho, siadając obok Jinxa i po raz pierwszy od dawien dawna wyciągnął się wygodnie w fotelu, który wciąż, mimo swojego wieku i wysłużenia, zapewniał odrobinę wygody, do której tak bardzo od wielu dni było mu tęskno. Rzucając od niechcenia spojrzeniem po szoferce, Vaalandil zdołał zauważyć kilka elektronicznych gadżetów rozwieszonych w różnych miejscach, jak stary odtwarzacz MP3, tablet ze zbitym ekranem, niedziałający smartwatch, a nawet stara, klawiaturowa Nokia. Pomiędzy tym wszystkim, ponad radiem pośrodku kokpitu, znajdowało się zdjęcie Jinxa i jego narzeczonej Tory, wykonane na tle Bundestagu w Berlinie.

          Gdy tylko Ził ruszył powoli przed siebie, skrzypiąc resorami na niezbyt równej drodze prowadzącej w stronę Lutowisk, Val przymknął swoje jedyne oko, po raz pierwszy od dawien dawna zaznając chwilowego spokoju.

          -Po Polsce krąży plotka, że Rosjanie po kryjomu przedarli się przez granicę w okolicy Beniowej, żeby ukryć głęboko w lesie zdalną głowicę nuklearną. – Jinx spojrzał z ukosa na Vaalandila. – Siedzisz tu już nieco czasu… Może wiesz coś na ten temat?

          Popielaty Anthren zaśmiał się, po czym pokręcił przecząco głową, nie otwierając oka.

          -Plotka taka jak każda inna, która wypływa z granicy – mruknął z grymasem zniechęcenia odmalowanym na pysku. – Rosjanie i część podległej im Ukrainy starają się zasiać zamęt, żeby wzbudzić wśród naszych niepewność i lęk.

          Jinx pokiwał ze zrozumieniem łbem, po czym spoglądając na drogę nieco mocniej docisnął gaz. Silnik zaryczał głośnej, a Ził, choć z trudem, przyspieszył. Westchnąwszy cicho, Val nie myślał o tym, co zastanie w Lutowiskach. Nie zastanawiał się nad planem działania, oraz czy przyjazd tam ma jakikolwiek sens. Drapiąc się lekko za uchem, popielaty wilczur obecnie wiedział tylko dwie rzeczy – potrzebował solidnego posiłku… I gorącego prysznica.

Cichy powrót -Daniel Superson 07-05-2019r.

          Tego wiosennego wieczoru atmosfera w karczmie „Pod Starym Smokiem” była  wyjątkowo napięta. Powietrze, gęste od fajkowego dymu zgromadzonych w głównej sali gości, zdawało się być przesiąknięte zniecierpliwieniem i nerwowością, które bezlitośnie zduszały pojedyncze wybuchy śmiechu. Większość anthreńskich pysków, które były słabo widoczne w świetle podwieszonych u sufitu latarni, miało ponury, wręcz przygnębiony wyraz, Gdyby ktoś obcy wszedł teraz do karczmy mógłby odnieść wrażenie, że jej goście pogrążeni są w żałobie po stracie wspólnego, dobrego znajomego. 
 
          Powodem owego ogólnego przytłoczenia nie były jednak gwałtowne roztopy, które co roku na wiosnę nawiedzały tereny przylegające do Reny, której wzburzone wody niszczyły pola i domy. Nie byli to też Żniwiarze, wygłodzeni po długiej i mroźnej zimie, którzy plądrowali magazyny, spichlerze, a nawet małe spiżarki w niemalże całej Aurii i Spinei. Również zdziczałe boreańskie wilki, grasujące przez końcowy okres zimy i wczesnej wiosny na ziemiach Borei i Aurii, pozbawione od wielu lat głównego przywódcy stada nie wzbudzały tak dużego zainteresowania jak niepokojące wieści zza Oceanu Łez, które od kilku dni krążyły po lokalnych karczmach w niemal całej Calei.

          -Sojusz z ludźmi? I to w dodatku z tymi pochodzącymi Carmond? Nie mogą myśleć o tym poważnie – mruknął lew, siedzący przy stole znajdującym się w centralnej części karczmy. Pomimo młodego wieku jego sierść nie wyglądała imponująco – w kilku miejscach była postrzępiona i przybrudzona, a w pysku brakowało mu dwóch przednich zębów. – Przecież to jak próba zbratania wygłodniałego wilka i tłustej owcy.

          -Ludzie w Calei nigdy nie byli mile widziani. – Stary bizon o długich, poskręcanych i wielu miejscach siwych lokach poruszył się niespokojnie na swoim krześle. – Pojedyncze jednostki były przez nas tolerowane, ale nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że można z nimi zawrzeć sojusz. Tym bardziej, jeśli mowa o Carmond, które od wielu lat próbuje uzyskać siłą dostęp do naszych surowców i poznać tajemne umiejętności tutejszych magów.

          -Sssssłyszałem że ich król jest równie bezlitosny i chciwy jak Sssssyun – odezwał się cicho się zielono – żółty jaszczur, pochylając się w przód ku pozostałym rozmówcom. Jego ciało w kilku miejscach pokrywały odstające, ostre łuski, a długi, rozwidlony język co chwilę wysuwał się z paszczy, przecinając powietrze niczym bicz. – Być może mają jakiś wsssssspólny interes i potrzebują ssssiebie nawzajem.

          -Obydwaj mają wspólnych wrogów zarówno w Calei jak i w Carmond. – Biało – czarna wilczyca, pozbawiona jednego ucha, odstawiła kufel na stół, ocierając łapą piwną pianę z pyska. – Widać uznali, że z podwójną ilością armii łatwiej będzie stłumić jakikolwiek opór, zarówno Anthrenów jak i ludzi. Nie od dziś wiadomo, że Syun od ponad dziesięciu lat powoli, ale skutecznie pozbywa się tych, którzy stają mu na drodze, lub nie zgadzają się z jego chorą wizją całej Calei.

          -Jeśli myśli, że pójdzie mu z nami tak łatwo, jak temu królowi ludzi… Marronowi, tak? No więc jeśli uważa, że poddamy się tak łatwo, jak te słabe, anthreńskie pizdki z Carmond i damy się zamknąć w klatce tak, jak ich zepchnięto za górę do Lunmaru, to jest w grubym błędzie – rzucił podniesionym głosem potężny, umięśniony jeleń, uderzając pięścią w stół z taką siłą, że znajdujące się na blacie kufle i talerze zadzwoniły. Jego wysokie, rozrośnięte poroże sięgało niemal do dolnych belek sufitu. – Jeśli tylko wszyscy ci, którzy sprzeciwiają się Syunowi w Calei zebrali się wspólnie, to na pewno…

          -…będziemy nadal niczym mała, wyjątkowo uciążliwa pchełka dla jego wielkiego brytana obronnego, którym jest Pradawny – dokończył brązowy lis, kręcąc z dezaprobatą głową. – Czy poprzednie powstania nie zdołały cię nauczyć, że każda podobna próba zostanie krwawo stłumiona? Bez odpowiedniej broni, pomocy magów, a przede wszystkim obeznanego dowódcy, jesteśmy dla niego niczym. I prędko się to nie zmieni, ponieważ magowie którzy pozostali w Calei są zajęci tylko i wyłącznie swoimi interesami, bądź dołączyli do Cienia i Żniwiarzy, a prawowici władcy wszystkich księstw zostali wygnani do Carmond niemal dwadzieścia lat temu. I wcale nie zanosi się na to, żeby kiedykolwiek mieli wrócić na te przeklęte ziemie. Tak więc pozostaje nam mimowolnie przystać na sojusz z ludźmi, chyba że ktoś jest bardzo chętny, żeby przypłacić próbę sprzeciwu własną krwią.

          Rozległo się kilka mało entuzjastycznych pomruków, które wyraziły zgodę z tym niezbyt optymistycznym poglądem.

          -Tyle lat i żadne z nich nie dało Calei choćby najmniejszego znaku, że jeszcze im na nas zależy – odezwał się z rozgoryczeniem w głosie czarnopióry jastrząb. Jego skórzana zbroja z herbem przedstawiającym słońce otoczone skrzydłami na zielonym tle świadczyła, że był jednym z żołnierzy Pinii, księstwa niegdyś w większości zamieszkanego przez majestatyczne gryfy. – Jaka jest w ogóle szansa na to, że którekolwiek z nich jeszcze żyje? A nawet jeśli, to czy chcieliby nam teraz pomóc? Być może w Carmond wiodą życie o wiele lepsze od tego, które mogłoby ich czekać tutaj…

           – Chyba nie słyszysz sam siebie – warknął siedzący nieco na uboczu gryf. Był nieco mniejszy od pozostałych przedstawicieli swojej rasy, jego żółto – czerwone, nastroszone pióra przywodziły na myśl płonący ogień, a całości dopełniał ostro zakończony orli dziób. Czerwone ślepia Anthrena błyszczały gniewnie, gdy patrzył na siedzącego obok niego jastrzębia. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie porzuciłby od tak miejsca, w którym się urodził i wychował, a tym bardziej następnie stał na jego czele, walcząc za swoich poddanych do ostatniej chwili.

           Kilku zgromadzonych przy stole Anthrenów przytaknęło skinięciem łba, choć zrobili to nie do końca z przekonaniem.

          -Skoro tak intensywnie i z tak dużym poświęceniem za nas walczyli, powinni zginąć na polu walki, a nie pozwolić na to, żeby ich wygnano poza Caleę – odparł jeleń, parsknąwszy gniewnie. – Można by ich wręcz podejrzewać o to, że poszli Syunowi na rękę, ratując własną skórę.

           -Miarkuj słowa, młodzieńce – rzucił bizon, powoli wstając z krzesła. Mimo podeszłego wieku, jego wzrost i postura wciąż budziły szacunek. – Osobiście znałem Rufusa, ich przybranego ojca, oraz Lucjusza Tenebrae, oraz każdego z młodych władców Księstw. Ręczę swoim życiem za to, że żadne z nich nigdy nie splamiłoby swojego honoru w tak haniebny sposób.

          -Mówisz, że powinni zginąć – kontynuował gryf. – I co niby takiego wniosłaby ich śmierć? To właśnie ten fakt, że są gdzieś tam daleko dawał i wciąż daje nam nadzieję na to, że kiedyś wrócą z odsieczą. Wielu z nas nadal wciąż w to wierzy!

             -Nawet jeśli są jeszcze tacy głupcy jak ty w Calei, tą są oni w zdecydowanej mniejszości. – Czarna wilczyca uśmiechnęła się z politowaniem. – Wrócą z odsieczą, hm? I może jeszcze planują przywrócić dawną świetność Księstw? W życiu nie słyszałam bardziej niedorzecznych głupot! Albo nasz drogi Erif nauczył się opowiadać kiepskie żarty, albo jak zwykle przesadził z piwem.

           Anthreni siedzący przy stole w większości wybuchli gromkim śmiechem, podczas gdy bizon i dwóch innych spojrzeli na samicę z dezaprobatą. Dziób Erifa zacisnął się, po czym nagle gryf poderwał się z krzesła, strącając stojący na blacie kufel.

           -To właśnie przez takich jak wy Calea upadła! – krzyknął, zaciskając gniewnie orle szpony w pięści. – Najprościej się jest poddać i porzucić wiarę w zwycięstwo, co? I to mnie nazywacie głupcem, hm?! Na szczęście są jeszcze Anthreni, którzy będą do ostatniej kropli krwi walczyć za wolność Calei i wciąż wierzą! Poczekajcie… Niech no tylko Che…

          -Myślę, że zdecydowanie wystarczy ci na dziś i piwa i wrażeń – rozległ się za jego plecami oschły, stanowczy głos, a na ramieniu gryfa zacisnęła się lekko, ale zdecydowanie czarna, lwia łapa. Gdy Erif odwrócił szybko głowę w tył, napotkał groźne spojrzenie czerwonych ślepi wyższej od siebie ciemnozielonej gryficy, której głowę skrywał głęboki kaptur czarnego płaszcza. Jego oczy na krótką chwilę otworzyły się szeroko, zdradzając zaskoczenie jej obecnością, ale dość szybko się otrząsnął.

          -Za kogo ty niby się uważasz? – wycedził przez zaciśnięty dziób, próbując strącić z ramienia łapę samicy. – Nie potrzebuję niańki. Odwal się! – rzucił.

          Efekt był jednak taki, że skrzydlata Anthrenka zacisnęła łapę jeszcze mocniej, wbijając boleśnie pazury w bark czerwonego gryfa.

           -Wychodzimy – syknęła cicho rozkazującym tonem, ignorując zaciekawione spojrzenia zgromadzonych przy stole gości. Spojrzenie, które rzuciła Erifowi nie tylko nie akceptowało w żaden sposób odmowy – było w nim coś więcej. Zupełnie jakby gryfica chciała bez słów czy też wymownych gestów przekazać mu, że powinien z nią wyjść.

           -Wszystko w porządku? – rozległ się czyjś głos za jego plecami. Walcząc z sobą, Erif milczał przez chwilę, po czym odwrócił się.

           -W porządku – odparł beznamiętnie. – Wygląda na to, że chyba muszę faktycznie wyjść i ochłonąć. Za dużo piwa…

           Czując jak uścisk na jego ramieniu traci na sile, strącił w końcu łapę zielonej samicy, po czym bez słowa ruszył w stronę wyjścia z karczmy, nie oglądając się za siebie. Pchnąwszy mocno drzwi, wyszedł na zewnątrz, kierując się w stronę jednej z beczek zbierających deszczową wodę spływającą z dachu. Zatrzymując się przy niej, przez chwilę patrzył na spokojną taflę znajdującej się w niej wody, odbijającej rozgwieżdżone, nocne niebo i księżyc… Po czym zanurzył w niej całą głowę na kilka sekund, by po chwili wyjąć ją z beczki, parskając głośno i otrząsając pióra z lodowato zimnej wody. Gryfica była już przy nim, obserwując go bez większego zainteresowania, z chłodnym wyrazem dzioba.

           -Czy możesz łaskawie wyjaśnić mi, o co… – zaczął, ale Anthrenka przerwała mu szybko.

           -Nie tutaj – rzuciła krótko, po czym ruszyła przed siebie, kierując się w jedną z uliczek prowadzących pomiędzy zabudowania, nie czekając na niego. Erif uniósł jedną z brwi – każdy normalny Anthren w takiej sytuacji nie zastanawiał by się długo, tylko czmychnął by w przeciwnym kierunku, uciekając czym prędzej. Problem jednak polegał na tym, że on kompletnie nie należał do grona „normalnych i przykładnych” obywateli Calei. Zazgrzytawszy lekko dziobem, po krótkiej chwili ruszył szybko za samicą, starając się jej nie zgubić.

          Kiedy w końcu zrównał z nią krok, byli już na obrzeżach niewielkiego miasteczka Tygiru, który znajdował się niewiele ponad trzy dni drogi od stolicy Aurii, Pratii. Gryfica, dotąd idąca zdecydowanym krokiem przed siebie, zatrzymała się nagle obok starego, opuszczonego spichlerza i uszkodzonego przez pożar młyna. Czyste jak dotąd niebo zaszło częściowo chmurami, przyniesionymi od zachodu chłodnym wiatrem. Erif wzdrygnął się lekko, czując jak zimno wdziera się pomiędzy jego gęste pióra.

          -No dobra, myślę, że jesteśmy już wystarczająco daleko od ciekawskich uszu – mruknął ze zniecierpliwieniem. – Czy teraz mogę się w końcu dowiedzieć, o co to całe zamieszanie? Czy naprawdę nie można już w spokoju wypić wieczorem piwa i nieco głośniej wyrazić swoje poglądy? – zapytał, starając się nieco dokładniej przyglądnąć ciemnozielonej Anthrence.

           -Twój język, rozwiązany zbytnio piwem, stwarza zagrożenie – syknęła samica, a na jej dziobie odmalowało się zniesmaczenie, graniczące z pogardą. – Nie wspominając już o tym, że twoje zachowanie hańbi naszą rasę! Przesiadywać z Anthrenami, który za kilka sztuk złota sprzedaliby własnych przyjaciół i rodziny, a dodatkowo gardzą własnym domem… Zawsze miałam gryfy za stworzenia dumne i przewyższające mądrością innych. Niestety widzę jednak, że nasz ród stracił na wartości odkąd większość gryfów odleciała z Calei.

          -Brzmisz zupełnie, jak moja matka – rzucił Erif. – Poza tym, co to ma do rzeczy? Nie jesteśmy tu chyba po to, żebym teraz odbierał lekcje dobrych manier, prawda?

           -Masz rację – rozległo się za jego plecami. – Jesteśmy tu z zupełnie innego powodu.

          Zaskoczony samiec chciał się odwrócić, ale powstrzymała go przed tym chłodna stal ostrza, które szybko wsunęło się pomiędzy jego pióra, przylegając blisko do znajdującej się na szyi skórze. Po jego ciele przebiegł niezbyt przyjemny dreszcz, który nie miał zbyt wiele wspólnego z chłodnym wiatrem.

          -S… Słuchajcie… Nie szukam żadnych kłopotów – wymamrotał, obserwując jak gryfica powoli zbliża się w jego stronę, z chłodnym wyrazem dzioba. – Na pewno jesteśmy w stanie się jakoś dogadać – dodał szybko z nieco wymuszonym uśmiechem, szukając rozpaczliwie w myślach wytłumaczenia dla całej tej sytuacji. Kim w ogóle była owa gryfica, oraz jej przeciwnik? Żniwiarze? Nie, ci zazwyczaj otwarcie nosili się ze swoimi tatuażami w kształcie smoczej czaszki zionącej czarnym ogniem i na pewno nie pozwoliliby mu aż tak długo żyć. Nie był to też nikt z Ruchu Oporu, bo tych Anthrenów Erif w większości znał, a zwykły mieszkaniec Calei nie zaczepiłby go, żeby następnie zwabić go w pułapkę – no bo po co komuś podpity gryf, który rzuca jakimiś niedorzecznościami?

          -Nie wątpię w to, że masz bardzo dużo do powiedzenia na pewne tematy – rozległ się ponownie męski, lekko rozbawiony głos tuż za Erifem. – A tak się akurat składa, że potrzebuję w dość wyczerpujący sposób zasięgnąć języka odnośnie kilku nurtujących mnie spraw i ufam, że jesteś w stanie mi pomóc.

          -Mógłbyś z łaski swojej w końcu cofnąć zaklęcie? – rzuciła ze zniecierpliwieniem Anthrenka, składając na piersiach swoje zakończone ostrymi pazurami łapy i kierując słowa do stojącego za gryfem towarzysza. – Doprawdy nie rozumiem, jak możesz przez cały czas chodzić na dwóch nogach, nie wspominając o płynnej zmianie form.

          -Wybacz, że musiałaś przez to przejść. Tylko tak mogliśmy go wyciągnąć na zewnątrz, nie zwracając na siebie większej uwagi – odparł przepraszającym tonem głos, po czym wyszeptał kilka słów w nieznanym czerwonemu gryfowi języku. Korzystając z okazji, Erif lekko odwrócił łeb, by kątem oka rzucić na swojego przeciwnika… I nagle poczuł, jak jego serce błyskawicznie podchodzi do gardła. To był CZŁOWIEK. Czarnowłosy, szczupły mężczyzna z krótką, kozią bródką i dziwnym znamieniem na policzku. Czując, że robi mu się gorąco, samiec szybko z powrotem odwrócił wzrok w kierunku Anthrenki tylko po to, by doznać kolejnego szoku – oto na jego oczach zsunęła z siebie czarny płaszcz, opadając na cztery łapy i z każdą kolejną sekundą przybierając coraz bardziej zwierzęce kształty. W zaledwie niecałą minutę później na czterech łapach stała przed nim najprawdziwsza w świecie dzika gryfica, której wzrost w kłębie przewyższał go niemalże o połowę, dorównując rozmiarami młody smokom. Rozprostowując swoje potężne, orle skrzydła samica przeciągnęła się, wyraźnie westchnąwszy z ulgą.

          Carmond. Najemnicy z pieprzonego Carmond w końcu się do nas dobrali, przemknęło Erifowi przez głowę, podczas gdy jego kolana zaczęły mimo woli lekko drżeć. Kompletnie nie zwracał na to, co mówią pomiędzy sobą gryfica i mężczyzna, starając się opanować narastającą panikę. A więc wszystkie te plotki są prawdziwe, pomyślał, zamykając oczy i panicznie szukając możliwych opcji wyjścia z tej sytuacji. Mimo to, jedna myśl wciąż nie pozwalała mu na pełne skupienie – w jaki sposób ludzie mogli wejść we współpracę z feralami(dzikie zwierzęta o umysłach rozwiniętych na poziomie Anthrenów czy też człowieka)? Zawsze wydawało mu się, że ludzie przyjaźnią się jedynie tylko z przedstawicielami swojego gatunku, traktując inne rasy jak szkodniki, które należało bezwzględne wytępić.

          -… Chezz. – To imię przykuło nagle uwagę Erifa, wyrywając go z toku myślowego. Klinga odsunęła się nieco od jego szyi, więc młody gryf zaryzykował powolne odwrócenie się w stronę czarnowłosego mężczyzny, napotykając spokojne, aczkolwiek przeszywające spojrzenie błękitnych oczu. – Wygląda na to, że wiesz całkiem sporo na jej temat. Może mógłbyś podzielić się z nami informacjami, które posiadasz? Jest ona głównym powodem, dla którego w ogóle znaleźliśmy się w Calei. – Człowiek obdarzył go lekkim, uprzejmym uśmiechem. – Uważamy, że mogłaby nam pomóc w kilku dość skomplikowanych sprawach.

          -Nie znam jej – odparł beznamiętnie Erif, mając nadzieję, że jego wygląd i głos nie zdradzały coraz bardziej narastającego napięcia. Skąd ci szubrawcy z Carmond mogli wiedzieć o Chezz? Skoro wiedzieli o niej, to musieli również posiadać informacje na temat Ruchu Oporu. Młody Anthren nagle zapomniał o chłodnym wietrze, czując jak robi mu się coraz bardziej gorąco. Czyżby Syun zamierzał wspólnie z ludźmi i zdrajcami rasy Antrenów podstępem, lub też siłą poprzez „pomniejsze płotki” dotrzeć do swoich głównych przeciwników i ostatecznie zdusić ich opór? Z drugiej jednak strony – czy ktoś w takim przypadku grzecznie pytałby o szczegóły, nie uciekając się do gróźb, czy tortur? – Nie mam pojęcia, dlaczego akurat takie imię nasunęło mi się na język w karczmie. Cóż, jak widać alkohol zaczyna zbierać już swoje żniwo – dodał z ciężkim westchnięciem.

          –Doprawdy? Kilka ostatnich dni świadczy o czym zupełnie innym – rozległ się w głowie Erifa głos wypełniony lekką pogardą. Młody samiec z zaskoczeniem spojrzał w kierunku Egory, bo nie miał najmniejszej wątpliwości, że ów głos należał do niej. Jej dziób nie poruszał się, a mimo to słyszał jej słowa – był to bardzo rzadki sposób na porozumiewanie się rozumnych ferali z innymi rasami, w swojej formie przypominający telepatię. – Wystarczyło odpowiednio długo śledzić cię z ukrycia, żeby usłyszeć co najmniej dwa razy dziennie jej imię, nie wspominając już o rozmowach z poszczególnymi członkami Ruchu Oporu. Być może i nie jesteś jego przywódcą, ale posiadasz na ten temat dużą wiedzę i na pewno częściowo kierujesz jego członkami, wykonując rozkazy niejakiej czerwonej lwicy o imieniu Chezz. – Oczy Erifa rozszerzyły się, a na dziobie Egory odmalował się wyraz tryumfu. – Och, nie powinieneś być zdziwiony faktem, że wiemy kim ona jest. Zaledwie dwa tygodnie zasięgania języka o odpowiednich źródeł wystarczyło, żeby doskonale rozeznać się w obecnej sytuacji Calei, oraz by usłyszeć wystarczająco dużo na temat Ruchu Oporu, zarówno ze strony mieszkańców kontynentu, jak i od Żniwiarzy. Choć nie kryję, że to drugie źródło wiedzy traktuję z obrzydzeniem… Choć i ono potrafi być wiarygodne.

          -Z… zaczekajcie! To nie jest tak, jak wam się wydaje… – rzucił gorączkowo czerwony gryf, czując jak opuszcza go całe opanowanie. Skoro już dowiedzieli się tak dużo, to jedyne co im pozostało, to miejsce w którym aktualnie przebywała Chezz, a na to nie mógł pozwolić, nawet jeśli miał zabrać ze sobą tą tajemnicę do grobu. Problem jednak polegał na tym, że nie zamierzał oddać swojego życia tak łatwo. – Musieliście mnie z kimś pomylić! Ja naprawdę…

           -Wystarczy kłamstw. – Mężczyzna uciszył go, z powrotem przysuwając ostrze miecza bliżej jego szyi. Z twarzy czarnowłosego człowieka zniknął uprzejmy uśmiech, zastąpiony powagą. – Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu na dziecinne podchody, a moja cierpliwość ma pewne granice. Jeśli teraz powiesz w końcu, gdzie ją znajdziemy, obejdzie się bez zbędnych nieprzyjemności…

          Nagle mężczyzna odskoczył od Erifa z zaskoczeniem, zostawiając na jego szyi delikatne nacięcie, ukryte pod czerwonymi piórami. Jak się okazało, wycofał się w samą porę, bowiem młody gryf zupełnie niespodziewanie przyzwał do jednej ze swoich szponiastych łap ognistą kulę bez wypowiedzenia choćby jednej litery zaklęcia. W niecałe dwie sekundy później musiał wykonać unik, ponieważ Anthren bez większego zastanowienia cisnął ją w jego stronę. Odskakując szybko na bok, mężczyzna obserwował jak płomień przelatuje tuż obok niego, osmalając krawędzie jego płaszcza, po czym rozbija się na kamiennych ruinach młyna, rozsypując dookoła setki mniejszych płomyków ognia. Kilka z nich dotarło do dziurawego, słomianego dachu i starych okiennic, niemal natychmiast je podpalając. Egora zaklęła głośno pod nosem – jeśli dojdzie do pożaru, dym i płomienie ściągną na nich uwagę.

           -Prędzej umrę, niż powiem wam coś więcej! – krzyknął Erif, przywołując do łapy kolejną płonącą kulę. – Nigdy nie pozwolimy na to, żeby Syun przejął całkowitą władzę nad Caleą, nawet jeśli tacy cholerni najemnicy z Carmond jak wy dołączą do jego przeklętych Żniwiarzy! Macie na to moje słowo!

         -Magia Ognia, zapomniana w Calei od czasów Rufusa… – wyszeptał mężczyzna, przesuwając bezwiednie dłonią po nadpalonym płaszczu. – …W dodatku używana bez wypowiedzenia słów zaklęcia… A niech mnie! – dodał już głośniej, podczas gdy jego twarz rozpromienił uśmiech. – A więc nie wszystko jeszcze zostało zatracone! A to ci zaskoczenie…

          –Panie Ekspert! – warknęła Egora, stojąca obok niego, zjeżywszy futro na grzbiecie i uginając łapy w gotowości bojowej. – Czy możesz z łaski swojej zostawić entuzjazm na potem? Chyba, że podoba ci się wizja spłonięcia dla własnej uciechy. – dodała, po czym zwróciła się do Erifa. – Najemnicy z Carmond? Nie wiem skąd ci to przyszło do głowy, ale uwierz mi, służenie pod dowództwem ludzi byłoby ostatnią rzeczą, jaką zrobiłabym w życiu.

          -Nie wierzę ci! – rzucił gryf, dysząc ciężko. Najwidoczniej długotrwałe podtrzymywanie magicznego płomienia szybko wysysało z niego energię. – Bratasz się z człowiekiem, największym wrogiem Anthrenów i ferali. I ty nazywasz siebie dumnym stworzeniem, godnym Pradawnych? Nie rozśmieszaj mnie! – samiec zaśmiał się histerycznie, podczas gdy jego ramię zaczęło drżeć. – Jesteś taka jak inni, przedkładasz własne cele ponad dobro wszystkich!

          –Co ty… – zaczęła gryfica, ale Erif nie zamierzał dłużej czekać, ciskając zaklęcie prosto w nią. Nie mając czasu na ucieczkę, Egora zacisnęła dziób i osłoniła się własnymi skrzydłami, czekając na uderzenie płonącej kuli. Minęła sekunda, dwie… Pięć. A jednak wciąż nie czuła ognia na swoich zielonych piórach. Nieznacznie rozsuwając skrzydła, spojrzała poprzez powstałą, wąską szczelinę przed siebie, nie do końca pewna tego, co zobaczy.

          Ognista kula zatrzymała się niecały metr od niej, zawisnąwszy ponad ziemią. Nie przesuwała się naprzód, ani do tyłu, a jedynie wirowała powoli wokół własnej osi. Osuwając skrzydła z powrotem na boki, zielona samica odetchnęła cicho z ulgą, po czym – podobnie jak Erif, którego dziób rozwarł się lekko – spojrzała na mężczyznę, który stał obok niej z uniesioną przed sobą dłonią. Jego oczy i znamię na twarzy jarzyły się słabym, błękitnym blaskiem.

          -Język Ognia był niegdyś jedną z najpotężniejszych dziedzin magii, jakimi władano w Calei – powiedział, poruszywszy lekko dłonią. Płonąca kula podskoczyła do góry, wykonując przy tym dziwny taniec. Podmuch rozgrzanego powietrza owiał zarówno Egorę, jak i stojącego niczym słup soli Erifa. – Można było powiedzieć, że nie znalazłby się nikt, kto byłby mu się w stanie przeciwstawić. Morderczy, nieprzewidywalny żywioł… A jednak… – na twarzy czarnowłosego człowieka zatańczył uśmiech. – Nagle w Calei pojawił się ród Tenebrae, który wniósł na kontynent zupełnie nowy rodzaj Magii Żywiołów – nieznany dotąd nikomu Język Wiatru. Nie był on na początku tak potężny jak inne, starodawne Języki, lecz mimo to okazało się nagle, że potrafi on bez problemu okiełznać Ogień. Dość szybko odkryto również, że ma on również dwojaką naturę – z jednej strony Wiatr potrafił dorównać Ogniowi i zwalczyć go, z drugiej jednak… Gdy te dwa Języki połączono razem, tworzyły one niszczycielską siłę nie do zatrzymania.

          Wykonując lekki gest dłoni mężczyzna wypowiedział cicho kilka słów, po raz kolejny w nieznanej Erifowi mowie. Zatrzymany dotąd w miejscu płomień zamigotał gwałtownie, poruszony nagłym, silnym podmuchem wiatru wiejącym od strony gryficy i człowieka, po czym wystrzelił on w stronę młodego samca. Erif krzyknął z przerażeniem i nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca, zasłonił się w panice łapami, spodziewając się najgorszego. Jednakże ognista kula nie uderzyła w niego, a jedynie zaczęła wokół niego krążyć. Z początku powoli, przyspieszając swój ruch z każdą sekundą, płomienie zaczynały przybierać na sile, dodatkowo rozniecane silnym pędem powietrza, tworząc wokół Erifa ognisty wir, w środku którego się znajdował. Temperatura wewnątrz dość szybko stała się nie do zniesienia, a palący wręcz podmuch wdzierał się pod pióra, niemal parząc ukrytą pod nimi skórę, wysuszając gardło i oczy. Młody Anthren krzyknął, ale jego głos niemal od razu utonął w szumie ognistej pożogi, jaka się wokół niego rozpętała. Klękając na ziemi, samiec przycisnął głowę do trawy i zamknął oczy, oddychając szybko i oczekując najgorszego. Na bogów, spłonę żywcem, przemknęło mu przez głowę. Straszliwa śmierć jak dla kogoś tak młodego… A przecież miał przed sobą jeszcze tyle życia.

          Kolejne sekundy mijały jednak po sobie, a jego pióra wciąż nie zajęły się płomieniami, a wręcz przeciwnie – szum zaczął ustawać, a nieznośny upał maleć, by po chwili całkowicie zniknąć. Powoli otwierając oczy Erif stwierdził z zaskoczeniem, że ognisty wir zniknął, pozostawiając wokół niego wypalony ślad w kształcie kręgu na trawie. Czując na swoich barkach powiew zimnego wiatru, gryf wzdrygnął się i uniósł głowę, by zobaczyć jak czarnowłosy mężczyzna przy pomocy magicznego podmuchu (czy też przyzwanego wiatru – Erif sam nie wiedział na co dokładnie patrzy) gasi płomienie na budynkach, które zostały podpalone przez pierwszą ognistą kulę.

          Kiedy młody gryf chciał się podnieść, na jego plecy nagle opadły dwie ciężkie łapy, przygważdżając go z powrotem do ziemi i pozbawiając tchu. Warknąwszy gniewne, odwrócił z trudem głowę tylko po to, by napotkać czerwone ślepia gryficy, która przysunęła swój duży, zakończony ostrym dziobem łeb aż nazbyt blisko.

          -Jeszcze jedna sztuczka, a osobiście rozpłatam ci plecy pazurami – wysyczała przez zaciśnięty dziób Egora. – Wystawiłeś moją cierpliwość na próbę aż nadto, więc na twoim miejscu nie ruszałabym się zbytnio.

          Erif poczuł, że od całego ciągu dzisiejszych wydarzeń zaczyna boleć go głowa. Feral i człowiek współpracujący ze sobą, pytania o Chezz, Język Wiatru… To ostatnie aktualnie jednak najbardziej zajmowało jego skołatane myśli. Ostatnim użytkownikiem tego typu magii w Calei był Corus Tenebrae, ostatni z potomków rodu Tenebrae, wygnany wraz z innymi Książętami do Carmond. Z tego, co mówiły im różne doniesienia, na sąsiednim kontynencie ten typ magicznego Żywiołu znało zaledwie kilkoro ludzi i elfów, którzy dość skwapliwie skrywali swoją wiedzę i było wysoce wątpliwe, żeby chcieli przyłączyć się do losowej, mało rozgarniętej gromady najemników, nawet za odpowiednio wysoką ceną. Skąd więc pierwszy lepszy człowiek, który pojawił się w Calei po niemal kilkudziesięciu latach przerwy, posiadał takie zdolności?

          -No dobrze, skoro małą rozgrzewkę mamy już za sobą, powinniśmy wyjaśnić sobie pewne nieporozumienie. – Rozległ się tuż nad nim głos mężczyzny. Unosząc w jego stronę głowę Erif patrzył, jak ten przykuca przy nim ze słabym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Na jego czole i skroniach można było dostrzec kropelki potu, a jego pierś unosiła się nieco szybciej, co oznaczało że używanie magii również i jemu sprawiało pewne trudności. Egora spojrzała na niego krótko z lekkim zaniepokojeniem, ale nie odezwała się ani słowem. – Przede wszystkim chciałbym cię przeprosić za dość „zdecydowane” kroki… – Gryfica prychnęła cicho z pogardą. – …Ale nie możemy sobie pozwolić na zwłokę. Dodam również, aby całkowicie nie zwalać winy na nas, że twój temperament niewiele pomaga przy współpracy. – Człowiek zaśmiał się cicho, po czym położył dłoń na ramieniu Erifa. Jeśli zaś chodzi o sprawę najemników z Carmond, zapewne przyniesie ci ulgę, jeśli otwarcie ci powiem, że być może i przypłynęliśmy stamtąd do Calei, ale jesteśmy tutaj w zupełnie innym celu, niż myślisz. Obecnie jest nas tu jedynie dwójka, ale jeśli tylko uda się nam zrealizować pewne konkretne cele, być może szybko się to zmieni. Otóż, widzisz, jest pewien konkretny powód dla którego jesteśmy ciekawi odnośnie Chezz i Ruchu Oporu…

           I oto, na jego oczach, czarnowłosy mężczyzna zaczął się zmieniać. Jego twarz zaczęła się wydłużać, szybko kształtując się w pysk i obrastając brązową, miejscami przyprószoną siwizną sierścią, podobne jak ramiona i dłonie, które nagle stały się wilczymi łapami, zakończonymi czarnymi pazurami. Uszy stały się bardziej szpiczaste, zwierzęce, a z tyłu jego ciała zaczął wyrastać długi, brązowo – czarny ogon. W zaledwie niecałą minutę nie stał już przed nim człowiek, a brązowo – czarny wilk, Anthren w najczystszej postaci. Jedyne, co nie zmieniło się w jego wyglądzie to błękitne znamiona na policzku i powyżej nadgarstków, oraz oczy, tak samo niezwykle niebieskie.

          Oczy Erifa rozwarły się szeroko, podobnie jak jego pysk. Niemalże od razu poznał ten pysk, rozwieszony od wielu lat w całej Calei na listach gończych. Nie, to nie mogła być prawda. Na pewno wciąż sobie z nim pogrywali, chcąc go przekonać do siebie, przeciągnąć na swoją stronę. A jednak, ten wygląd… I magia Wiatru…

          -Ty jesteś Cor… – zaczął, ale brązowy wilczur błyskawicznie położył palec na jego dziobie.

          -Jeśli wypowiesz teraz na głos moje imię, będziemy naprawdę musieli pozbyć się wszystkich dowodów naszej obecności w tym miejscu – powiedział Corus Tenebrae z uśmiechem wymalowanym na pysku. Nagle ucisk na plecach Erifa zelżał, podczas gdy brązowy Anthren chwycił go za ramię i z zaskakującą łatwością podniósł go do góry.

          – A teraz, jeśli można… – dodał, patrząc prosto w ślepia gryfa. – Chcielibyśmy zobaczyć się z Chezz.

Po drugiej stronie lustra - Daniel Superson

          „Oczy są lustrzanym odbiciem duszy”, jak to zwykli mawiać niektórzy. Zazwyczaj zdradzają człowieka, nawet jeśli na jego twarzy gości kamienny, monotonny wyraz. Potrafią odzwierciedlić reakcję na konkretne zdarzenia, oraz przekazać odczucia, nieraz tak skrzętnie maskowane przed innymi.

            Jej oczy, o barwie ciemnej zieleni, były obecnie straszliwie puste i pozbawione wyrazu tak samo jak jej twarz. Spoglądała gdzieś w dal i to, co działo się wokół zdawało się zbytnio do niej nie docierać. Jej palce bezwiednie przesuwały się po oponie wózka, na którym siedziała.  

          – Angie…?

          Nie odpowiedziała, więc ktoś podszedł do niej powoli od tyłu, kładąc dłoń na jej ramieniu. Młoda dziewczyna o krótkich włosach w kolorze zboża, spiętych z tyłu głowy wzdrygnęła się, mimowolnie wracając do rzeczywistości i odwracając głowę do stojącego za nią starszego, częściowo już siwego mężczyzny. W jej oczach pojawił się zwykły, nieco przygaszony blask, co najwyraźniej uspokoiło wyraźnie zaniepokojonego staruszka.

          – Twoja przerwa skończyła się jakieś dwadzieścia minut temu – powiedział łagodnym tonem, prostując się i ocierając pot z czoła starodawną, materiałową chustką. Połowa października była tego roku wyjątkowo upalna w New Jersey. – Nikt nie był w stanie mi powiedzieć gdzie jesteś, więc pomyślałem, że znajdę cię właśnie tutaj.

          Obydwoje znajdowali się w dość ciasnym przejściu między magazynowymi regałami, na których znajdowały się zakurzone, najwidoczniej zapomniane pudełka z towarem.

          – Proszę mi wybaczyć, panie Haver – powiedziała cicho Angelina, spuszczając głowę w dół. – Ja… Po prostu szukałam jednego z towarów, o który wcześniej pytał jeden z klientów…

          – I szukasz go na regałach z pudłami przeznaczonymi do brakowania? – zapytał z lekką drwiną w głosie staruszek. – Daj spokój, przecież wiem, dlaczego tutaj siedzisz. Poza tym tyle razy już cię prosiłem, żebyś mówiła mi James.

          Widząc, że zazwyczaj pewna siebie dziewczyna nadal trzyma głowę zwieszoną w dół, staruszek westchnął cicho. Nigdy nie traktował jej w wyjątkowy sposób, nawet jeśli jeździła na wózku inwalidzkim i była sparaliżowana od pasa w dół. Wiedział, że takim ludziom w życiu nic nie pomagało lepiej niż rzucanie wyzwań, z którymi musieli się zmierzyć na równi z w pełni sprawnymi.

           – Spójrz na mnie Angie – powiedział stanowczym tonem. Gdy młoda kobieta uniosła głowę do góry, James niemal od razu zobaczył na jej twarzy to, co widział czasami u innych pracowników sklepu. Był właścicielem tego miejsca wystarczająco długo, żeby nabrać już nieco wiedzy i doświadczenia z podobnymi przypadkami.

          – Ktoś z klientów dał ci się we znaki, mam rację? – zapytał bez zbędnych ogródek, choć tak naprawdę z góry znał już odpowiedź. Angelina zamrugała nerwowo, ale tym razem nie odwróciła głowy od spokojnych i wyjątkowo ciepłych oczu jej kierownika.

           Miał rację, ale tylko częściowo.

          Kiedy dziś jak zwykle zaczynała rano dzień w pracy, nic nie wskazywało na to, żeby miał on się czymś różnić od jej monotonicznej codzienności. A szkoda. Coraz częściej przyłapywała się na tym, że po cichu zastanawiała się co by się wydarzyło, gdyby w pobliżu jej mieszkania lub miejsca pracy wybuchła mała bomba domowej roboty.

          Budząc się wcześnie, jak zwykle otworzyła z niechęcią oczy i patrzyła przez dobrą chwilę w sufit, zastanawiając się czy jest w ogóle sens, żeby dzisiejszego dnia wstała z łóżka. Ostatecznie jednak wizja zer na koncie i pustej lodówki wzięła górę, więc mamrocząc coś cicho pod nosem przyciągnęła wózek bliżej łóżka, żeby się na niego wgramolić.

          Gdy tylko rutyna w postaci porannej higieny i prostego śniadania dobiegła końca przy akompaniamencie dźwięków dobiegających z ulicy oraz telewizora znajdującego się w kuchni, Angie wygramoliła się ze swojego odrobinę ciasnego mieszkanka, znajdującego się na parterze starej kamiennicy. Mijając w głównym hallu młode małżeństwo i ich synka, którzy mieszkali piętro wyżej(i byli jednymi z niewielu, którzy mieli „zdrowe” podejście do osób niepełnosprawnych, nie traktując jej jak nieporadnego i opornie myślącego nieszczęścia), wyjechała na zewnątrz, a następnie skierowała się w kierunku najbliższego przystanku.

            Pogoda była ładna jak na tą porę roku i zanosiło się na wyjątkowo upalny dzień. Docierając na miejsce, od razu ukryła się w cieniu rzucanym przez dach na przystankową ławkę, ignorując spojrzenia innych osób oczekujących na autobus. Zdołała się już do nich przyzwyczaić, podobnie jak do szeptów, zupełnie jakby znajdowała się na łożu śmierci, albo była niedorozwinięta umysłowo. Gdy tylko autobus nadjechał i opuścił w dół rampę do podjazdu wózkiem, wjechała szybko do środka, nie czekając na denerwujące ją pytania w stylu: „pomóc Pani?” albo „czy na pewno da sobie Pani sama radę?”. Już nie wspominając o tym, że dla niektórych osoba na wózku „wsiadająca” do autobusu była niczym atrakcja w cyrku, mimowolnie przyciągająca wzrok.

            W trakcie przejazdu do pracy zerknęła krótko na portal społecznościowy bez większego przekonania, że znajdzie tam coś zajmującego – większość jej znajomych pracowała bądź miała założoną własną rodzinę i nie miała czasu, żeby przesiadywać na smartfonach bądź komputerach. Własna rodzina… Te dwa słowa wywołały bolesne ukłucie. Wyłączając ekran i chowając telefon do niewielkiego plecaka leżącego na jej kolanach, Angelina odwróciła głowę w stronę okna, patrząc niewidzącymi oczami na przesuwające się po drugiej stronie szyby samochody i budynki. Czasami oddałaby wszystko za kogoś bliższego niż tylko przyjaciele, czy rodzice. Kogoś, kto nie odwracałby od niej wzroku, widząc jej słabość.

           Docierając do sklepu w którym pracowała, Angie wyrzuciła z głowy nękające ją myśli, pragnąc w pełni skupić się na tym, co robi. Jej praca polegała na obsłudze kasy, oraz utrzymywaniu porządku na niższych półkach, będących w zasięgu jej rąk. Bardzo często też udzielała informacji klientom, gdzie znajduje się jakiś produkt, albo gdzie mogą zasięgnąć informacji na konkretne tematy. Wszystkie te czynności starała się wykonywać z uprzejmością i uśmiechem, jak każda normalna dziewczyna w jej wieku, doskonale znając swoje możliwości i ograniczenia. Zresztą James Haver – właściciel sklepu – w żaden sposób jej nie faworyzował, pozwalając by uczyła się sama rozwiązywać napotykające ją trudności, pomagając jej jedynie dobrym słowem i radą. Zresztą w jaki sposób mógł jej bardziej pomóc prawie siedemdziesięcioletni staruszek?

            Przez pozostałych współpracowników była traktowana na co dzień dość neutralnie, choć bardzo często zauważała, że daje się od nich wyczuć pewien dystans i niepewność odnośnie tego, jak powinni się do niej odnosić ze względu na jej niepełnosprawność. Widok osoby na wózku dla wielu z nich wciąż nie był czymś, obok czego można było przejść obojętnie.

           Dwójka z nich – Frank i Rebecca – była jej dobrymi znajomymi, sprawiającymi że długie i czasem wyjątkowo nudne godziny spędzane na obsłudze sklepu mijały zdecydowanie szybciej. Nie raz wygłupiali się wspólnie na magazynie, korzystając z chwilowej przerwy w napływie klientów, lub po prostu spędzali czas na wspólnym wykonywaniu obowiązków w sklepie.

            Tak więc gdy Angelina przejeżdżała przez alejkę z artykułami gospodarstwa domowego, przeglądając czy towar jest odpowiednio ułożony na półkach zakładała, że będzie to kolejny, zwykły dzień z jej życia. W sklepie aktualnie panował całkiem spory ruch – pomiędzy regałami co chwilę pojawiali się pojedynczy klienci lub całe rodziny, prowadząc ze sobą rozkrzyczane dzieci.

          – Pani jest z obsługi? – rozległo się nagle za jej plecami. Odwracając swój wózek dookoła dziewczyna stanęła w oko z oko z wyjątkowo naburmuszonym, szczupłym jegomościem w wieku około czterdziestu lat. W ręku trzymał opakowanie kolorowych serwetek, a jego mina nie wróżyła nic dobrego.

          – Zgadza się – odpowiedziała uprzejmie z nieco wymuszonym uśmiechem, pomijając w myślach uwagę, że jej koszula i plakietka firmowa są chyba na dość widoczne. – Czy jest coś, w czym mogę panu pomóc?

          – Patrząc na panią, poważnie bym się zastanowił – rzucił z wyraźną pogardą w głowie. Angie puściła jego słowa mimo uszu – nie pierwszy i nie ostatni raz słyszała złośliwą uwagę rzuconą w swoim kierunku.

          – Jeśli tylko powie mi pan o co chodzi, jestem pewna że znajdę odpowiednie rozwiązanie problemu. – Z trudem utrzymując spokojny wyraz twarzy, spojrzała w oczy klientowi. Mężczyzna prychnął, po czym podsunął jej pod nos trzymane w dłoni opakowanie.

           – Moja żona od lat kupuje u was te serwetki – rzucił. – A ja od lat co pewien czas robię zakupy za nią w waszym sklepie. I oto nagle dziś na półce jest tylko jedna paczka, w dodatku pognieciona, podczas gdy ja potrzebuję dziesięciu paczek. Żądam wyjaśnień od pani, albo od właściciela sklepu.

          Problematyczny klient. W głowie Angeliny niemalże od razu zapaliła się czerwona lampka. –

            Proszę za mną, zaraz zobaczymy, cz coś da się z tym zrobić – powiedziała uprzejmie, kierując się do półki z serwetkami. Jadąc w jej stronę ze zniecierpliwionym, mruczącym coś pod nosem klientem obok, dyskretnie obejrzała się za siebie, ale niestety nikogo z jej kolegów aktualnie nie było w alejce. Docierając na miejsce i oglądając regał stwierdziła, że faktycznie brakuje pokazanych przez klienta serwetek. Odjeżdżając nieco w tył i zadzierając głowę do góry, dziewczyna dostrzegła na szczycie regału kilka nieodpakowanych pudełek, w których zapewne mógł znajdować się brakujący towar.
 
          – Faktycznie, tego wzoru akurat nie ma już na półce – powiedziała. – Ale jeśli poczeka pan chwilę, zawołam jednego z moich kolegów, który pomoże mi przeszukać pudełka na górze regału. Jestem pewna, że…

          – Na co nam inny pracownik? – zapytał opryskliwie klient. – Nie może pani sobie sama poradzić z problemem? – dodał, unosząc jedną z brwi. Angie poczuła, jak robi się jej sucho w gardle.

          – Nie wiem czy pan zauważył, ale siedzę na wózku inwalidzkim – powiedziała cicho. – Raczej nie mam możliwości wstać z niego w każdej chwili i pójść po drabinę.

          – A więc jest pani bezużytecznym pracownikiem, zatrudnionym na nieodpowiednim miejscu – krzyknął gniewnie mężczyzna, jeszcze bardziej mnąc w zaciśniętej dłoni ostatnią paczkę serwetek. – Doprawdy, ten sklep zszedł już całkiem na psy! Zatrudniać niekompetentne kaleki i udawać, że wszystko jest w porządku! Z takim wybuchem skierowanym w siebie Angie nie spotkała się jeszcze nigdy, odkąd zaczęła pracować w sklepie. Jej opanowanie zaczęło momentalnie niknąć w oczach.

           – Pracuję tak, jak tylko pozwala mi moje ciało i umiejętności – rzuciła podniesionym głosem. – Jeśli nie odpowiada panu moja pomoc, zawsze może znaleźć pan innego pracownika lub złożyć skargę…

          – Możesz być pewna, że ją złożę! – przerwał jej klient. – Miejsce dla takich jak ty jest w ośrodku pomocy społecznej, a nie w poważnej i dobrze płatnej pracy! Tacy jak ty są tylko zbędnym balastem dla świata i powinni być eliminowani jako słabsze ogniwo!

           To powiedziawszy cisnął na kolana Angeliny pomiętą paczkę chusteczek i odwracając się na pięcie odszedł szybkim krokiem, pomstując pod nosem.
Minęło niemal pół minuty nim młoda kobieta powoli ruszyła wzdłuż alejki w kierunku magazynu, spuszczając nisko głowę by ukryć łzy płynące jej po policzkach.

             – Wyglądasz tak, jakbyś wyszła z siebie i powędrowała gdzieś dalej. Krzyknąwszy głośno z zaskoczenia, Angie nieomal nie spadła z wózka, odwracając głowę gwałtownie w bok. Tuż obok niej, na jednej z parkowych ławek siedział młody mężczyzna z burzą rudych włosów na głowie, patrząc na nią zza okrągłych okularów wesołymi, brązowymi oczami i szczerząc się niczym szczerbaty do suchara. Na ramiona miał zarzucony długi, granatowy płaszcz.

           – Na litość boską, Brian! – rzuciła gniewnie dziewczyna, podjeżdżając bliżej i z całej siły uderzając przyjaciela w ramię pięścią. – Chyba koniecznie chcesz mnie przyprawić o zawał!

          – Niekoniecznie, ale przynajmniej udało mi się zobaczyć emocje na twojej twarzy – odparł wciąż uśmiechnięty Brian, rozcierając swój bark. – Bardziej mnie zastanawia, co robisz tu późnym jesiennym popołudniem praktycznie sama, patrząc w nieokreśloną dal z tak smutną miną. Bo na pewno nie myślisz teraz o tych wszystkich biednych kaczkach, które zostaną blisko rzeki zimą.

           Angelina rozejrzała się wokół. Słońce już niemal całkowicie schowało się za linią budynków, rzucając ostatnie języki światła na częściowo pozbawione liści drzewa i uwalniając z ziemi szybko narastający chłód. Jak już zdołał zauważyć Brian, była jedną z zaledwie kilku osób przebywających w parku – byli to głównie ludzie wyprowadzający swoje psy na popołudniowy spacer, a także zapaleni biegacze.

          – Ktoś ci dogryzł, mam rację? – zapytał po chwili, patrząc na nią ze zmartwieniem. Angie nie odpowiedziała, ale gdy popatrzyła na przyjaciela, jej twarz pozbawiona uśmiechu powiedziała mu o wiele więcej niż słowa. Westchnąwszy cicho mężczyzna wstał z ławki, po czym przyklęknął przy wózku Angeliny, obejmując jej zziębnięte dłonie swoimi. – Posłuchaj Angie… Cokolwiek usłyszałaś, nie powinnaś brać tego do siebie. Nie każdy potrafi zrozumieć, z czym na co dzień musi mierzy się osoba niepełno…

          – Daruj sobie Brian, znam to już na pamięć – mruknęła dziewczyna, cofając swoje dłonie. – Po prostu mam już po dziurki w nosie samej siebie. Mam dość tego złomu, na którym jeżdżę! – wrzuciła z siebie ze złością, każde słowo wypowiadając coraz głośniej i szybciej. – Mam dość swojej własnej bezsilności i faktu, że nie jestem w stanie nawet sama ściągnąć książki z wyższej półki we własnym mieszkaniu!
Większość ludzi patrzy na mnie z litością, co doprowadza mnie do szewskiej pasji, już nie wspominając o tym, że żaden mężczyzna nie chce zawiesić na mnie dłużej wzroku, po kilku sekundach odwracając głowę w bok! Głos jej zadrżał, po czym zamilkła, ukrywając twarz w dłoniach.

          Brian milczał, patrząc na nią ze smutkiem. – Czy ktoś taki jak ja nie zasługuje na normalne życie? – zapytała po chwili cicho, nie podnosząc głowy. – Czy nie istnieje żadna możliwość, żebym poczuła się jak każda inna dziewczyna?

          – Tak właściwie… To istnieje taka możliwość – powiedział cicho mężczyzna. – Nie chciałem ci o tym wspominać ze względu na mocne utajnienie całego projektu, nad którym pracujemy. Obecnie jednak poszukujemy ludzi chętnych do testów. Szukamy osób, które chcą coś zmienić w swoim życiu i nie boją się wkroczyć w zupełnie nowy świat, niosący ze sobą mnóstwo perspektyw i szans, nieosiągalnych w ich obecnej, szarej rzeczywistości. Angelina podniosła powoli głowę.

          – Brzmisz jak rekruter członków do sekty albo diler narkotyków – mruknęła, ocierając oczy i policzki rękawem kurtki. – Co niby miałoby w tak dużym stopniu zmienić moje życie?

          – Projekt „MIRROW” – odpowiedział Brian z poważnym wyrazem twarzy, który w pełni uświadomił Angie fakt, że jej przyjaciel nie żartuje. – Za pomocą specjalnie przystosowanego środka medycznego umożliwiamy tym, którzy się do nas zwracają, bezproblemowe przejście do nowego świata, którego tak pożądają.

          – Znaczy się podajecie im odpowiednio spreparowane narkotyki, albo po prostu ich zabijacie i odsyłacie do raju? – zapytała dziewczyna, unosząc jedną z brwi. Wciąż widząc powagę młodego mężczyzny Angie parsknęła śmiechem. – Daj spokój Brian, przecież nikt nie uwierzy w podobną bajeczkę. A już tym bardziej nikt nie narazi swojego zdrowia, czy też życia, żeby potwierdzić bądź obalić wasze dość szalone przypuszczenia…

           Brian nie odpowiedział, przez chwilę grzebiąc intensywnie w kieszeni swojego płaszcza. Gdy w końcu coś w niej znalazł, włożył to w dłoń zaskoczonej Angeliny. Przyglądając się uważnie podarunkowi od mężczyzny stwierdziła, że jest to niewielka, zielona tabletka, przypominająca kształtem kieł jakiegoś zwierzęcia, zapakowana w woreczek strunowy.

          – Wielu ochotników udało się nam już przeprowadzić do lepszej rzeczywistości, co potwierdzają nasze raporty i badania – powiedział cicho, patrząc prosto w oczy Angie. – Wiem, że decyzja może nie być dla ciebie prosta, ale czy nie warto zaryzykować tej szarej codzienności, by zyskać coś o wiele piękniejszego niż całe życie spędzone na wózku?

          – Jeśli myślisz, że zażyję tą tabletkę od tak, nie znając jej składu ani skutków ubocznych… – zaczęła mówić podniesionym głosem Angelina, ale Brian uciszył ją szybko, kładąc jej palec na ustach.

          – Ty sama musisz podjąć tą decyzję, Angie – szepnął. – Nie zamierzam cię do niczego zmuszać. Proszę cię jednak, zastanów się – czy jest coś, co tak naprawdę masz do stracenia?

          Wstając, Brian uśmiechnął się ciepło, poklepał lekko jej ramię na pożegnanie i odszedł bez słowa, zostawiając Angelinę samą z narastającą falą chaotycznych myśli.

          Odstawiając na niski stolik pusty kubek po herbacie Angelina westchnęła cicho, wyłączając pilotem telewizor – od dobrej chwili nie skupiała się już na tym, co pojawia się na ekranie. Przecierając zmęczone oczy odchyliła się do tyłu na kanapie w salonie, patrząc w sufit.

           Wnętrze jej mieszkania jeszcze nigdy nie wydawało się tak ciasne i nieprzyjemnie monotonne jak dzisiejszego wieczoru. Kiedy po spotkaniu z Brianem wróciła po zmroku do domu, nie była w stanie zabrać się za nic konkretnego, ciągle myśląc o tym, co dziś spotkało ją w pracy oraz o słowach usłyszanych od przyjaciela. Tabletka, którą wręczył Angie wciąż spoczywała w jej kieszeni, mimo iż początkowo chciała ją wyrzucić do kosza, gdy tylko Brian zniknął z jej pola widzenia w parku.

          Czy było warto ryzykować obecne życie w zamian za coś, czego nawet nie była sobie w stanie wyobrazić, o czym mogłaby gdziekolwiek przeczytać, kogokolwiek zapytać? Brian nie podał jej żadnych szczegółów na temat „MIRROW” – zapewne dlatego, że już od pierwszych słów jawnie go wyśmiała. A jednak ta tabletka…

          Poza tym, czy tak naprawdę miała czego żałować? Życia pełnego ciągle występujących przeciwności, smutku i wściekłości na własną nieporadność? A może krzywych spojrzeń ze strony obcych, albo braku kogoś bliższego niż tylko rodzina czy przyjaciele, których i tak nigdy nie było w pobliżu, kiedy ich naprawdę potrzebowała? Najbliższa przyszłość też nie rysowała się w kolorowych barwach. Praca w sklepie do czterdziestki nie zapowiadała się ciekawie, podobnie jak perspektywa mieszkania w niewielkiej klitce niosącej namiastkę prawdziwego mieszkania.

           Wyciągając z kieszeni „kieł” Angelina wyjęła go z woreczka i zaczęła uważnie oglądać, obracając tabletkę w palcach. Nie miała na sobie żadnych oznaczeń, a jej powierzchnia była gładka i błyszczała lekko w świetle – miało to zapewne pomóc w przełknięciu dość niecodziennego kształtu. Ciekawe, czy byłaby w stanie zażyć ją bez popijania wodą…

          Wciąż walcząc ze sobą, Angie potrząsnęła głową, zaciskając dłoń wokół tabletki z zamiarem rzucenia jej w kąt pokoju. Jej ramię jednak zatrzymało się w połowie drogi. Tacy jak ty są tylko zbędnym balastem dla świata i powinni być eliminowani jako słabsze ogniwo! – usłyszała w myślach pełne wściekłości słowa klienta sklepu, a w jej oczach stanęła nagle żywo jego wykrzywiona grymasem twarz.

          – Nie zamierzam dać się wyeliminować – mruknęła pod nosem, po czym szybko wepchnęła „kieł” do ust i przełknęła go głośno, czując jak jego ostrzejszy koniec nieprzyjemnie drapie gardło. Zamierając w bezruchu, nieco zaskoczona swoją własną decyzją, dziewczyna oczekiwała w napięciu z minuty na minutę jakiejkolwiek reakcji organizmu.

          Gdy Angie zaczęła już myśleć, że Brian prawdopodobnie sobie z niej zażartował, podając jej jakieś pierwsze lepsze placebo, nagle zakręciło się jej w głowie. Stało się to tak nagle, że nie wiedząc do końca co robi, spróbowała podnieść się z sofy z zamiarem złapana się wózka, powstrzymując wymioty wywołane nagłym zawirowaniem świata przed jej oczami. Dłoń Angeliny nie trafiła jednak na poręcz, a ona sama straciła równowagę i z impetem upadła na podłogę, uderzając głową o parkiet i tracąc przytomność.

          – Czy pani mnie słyszy? Proszę powiedzieć, co się stało… Angie jęknęła, czując przejmujący ból w głowie. Nie otwierając oczu, przyłożyła dłoń do głowy i zaczęła rozsmarowywać pulsujące miejsce na czaszce, zastanawiając się, co tak właściwie się stało. Przeklęty Brain, pewne wcisnął jej jakiś narkotyk… I tak właściwie to od kiedy jej palce miały tak delikatne, duże opuszki i tak ostro zakończone paznokcie? Wciąż starając się rozmasować bolące miejsce, jej dłoń przesunęła się w stronę ucha obok miejsca uderzenia i nagle zamarła. Czyżby z tego wszystkiego zaczęła majaczyć? Bo jeśli nie, to jak inaczej mogła sobie wytłumaczyć, że jej uszy nagle stały się zaokrąglone i pokryte futrem?

          – Proszę pani, czy wszystko w porządku? Czy potrzebuje pani lekarza?

          – Nie, nie potrzebuję – mruknęła z lekkim poirytowaniem w głosie, powoli otwierając oczy… I przeżywając niemały szok odkrywając, że leży na środku miejskiego chodnika, otoczona grupką gapiów. Przyglądając się im lekko przymrużonymi oczyma Angie nagle krzyknęła – a krzyk ten, nie wiedzieć czemu, przypominał głośny ptasi pisk – i gwałtownie siadając cofnęła się do tyłu, opierając się plecami o ścianę i patrząc z przerażeniem na otaczających ją przechodniów.

          Anthreni. Nie jakaś tam zgraja przebierańców wciśniętych w pokryte sztucznym futrem kostiumy, ale najprawdziwsi przedstawiciele rasy anthro, przyglądający się jej i szepczący coś między sobą. Wszelkie plotki, jakie kiedykolwiek o nich słyszała traktowała jak bajki, opowiadane wyłącznie pomiędzy „futrzakami”…. A jednak stali teraz przed nią, bardziej prawdziwi niż kiedykolwiek. Jej serce wybijało w piersi szaleńczy rytm, podczas gdy ona sama starała się wmówić sobie, że to tylko zwidy, efekt naćpania się tabletką, którą dostała od Briana.

           Jeden z nich, odpowiednik berneńskiego psa pasterskiego, klęczał obok niej z zaniepokojoną miną… I miał na sobie mundur patrolu policyjnego.

          – Nagle upadła pani na chodnik tracąc przytomność – powiedział spokojnie. – Jest pani w szoku i może nie odczuwać obrażeń wywołanych upadkiem. Wezwanie służb medycznych jest tutaj wysoce zalecane. Proszę pozwolić sobie pomóc – dodał, wyciągając w jej stronę łapę.

          – Zostaw mnie w spokoju! – syknęła w panice Angelina, odtrącając ramię policjanta i nagle zamierając w bezruchu, patrząc szeroko otwartymi oczami na swoją dłoń… A raczej na swoją kocią łapę, zakończoną ostrymi pazurami i ramię, pokryte jasnym futrem z dodatkiem mnóstwa czarnych cętek.

           – No dobrze moi drodzy, wystarczy już tego zbiegowiska, proszę się przesunąć…

          Ktoś przedzierał się przez grupkę gapiów, by po chwili zatrzymać się obok Angeliny i berneńczyka. Był to biały lis, który niemal od razu podszedł do młodej dziewczyny – a raczej gepardzicy, klękając powoli obok niej.

           – Angie, tak się o ciebie martwiliśmy! – powiedział z ciepłym uśmiechem wymalowanym na pysku, patrząc na nią oczami pełnymi wesołego ciepła. Oczami Briana.

          – Pan ją zna? – zapytał policjant, zerkając na lisa z zaskoczeniem.

          -Oczywiście że ją znam, to moja dobra przyjaciółka z czasów studiów – rzucił biały Anthren, chwytając Angelinę pod ramię i pomagając jej wstać. Pomimo szoku, z którego jeszcze nie zdołała ochłonąć, pozwoliła by Brian(nie miała żadnych wątpliwości, że to on) ustawił ją na chwilowo słabych, lecz w pełni sprawnych, mocno zbudowanych nogach, zakończonych kocimi łapami. Nie miała na nich żadnych butów, podobnie jak cała reszta Anthrenów wokół.

            – Jake zaniepokoił się mocno, gdy nie odbierałaś telefonu, więc zadzwonił do mnie i wyciągnął mnie z pracy, żebym pomógł mu cię znaleźć. Twój mąż może i jest twardym kotem, ale jeśli chodzi o ciebie, poruszyłby niebo i piekło, gdyby zaszła taka potrzeba…

          – Jake… Mój mąż? – wyszeptała Angie, zaciskając nieco mocniej łapę na ramieniu Briana.

          – Angie choruje – wytłumaczył policjantowi lis. – Najwidoczniej zapomniała wziąć rano swoich leków i w trakcie biegania dostała słabego ataku, który na całe szczęście już minął. Podczas gdy gepardzica mruczała coś cicho pod nosem na temat biegania, Anthren – policjant popatrzył na nią, a następnie na Briana i westchnął głośno.

          – No dobrze, skoro uważa pan że wszystko jest w porządku i podejmuje się pan opieki nad przyjaciółką, uważam sprawę za zamkniętą. – To powiedziawszy powiedział coś do zamocowanej na ramieniu krótkofalówki, a następnie odwrócił się w stronę gapiów. – Drodzy państwo, dziękuję za wasze zainteresowanie, ale proszę się już rozejść, wszystko mamy pod kontrolą. Proszę się rozejść…

          Grupka Anthrenów zaczęła się powoli rozchodzić, podczas gdy policjant skłonił się lekko w stronę Angie i Briana, ruszając w stronę swojego radiowozu. Biały lis, uprzedzając gwałtowny potok pytań gepardzicy chwycił ją delikatnie za ramię i bez słowa pociągnął za sobą, prowadząc ją wzdłuż ulicy. Angelina, zafascynowana widokiem Anthrenów żyjących w identyczny sposób jak ludzie, nie zauważyła nawet gdy znaleźli się przy stojących na zewnątrz stolikach niewielkiego baru. Brian zdecydowanym ruchem posadził przyjaciółkę na krześle, a następnie usiadł naprzeciw niej, pochylając się ponad stolikiem w przód.

          – Wiem, że masz mnóstwo wyjątkowo pilnych pytań i wciąż jesteś w szoku, ale mój czas w tym miejscu i w tej formie jest mocno ograniczony – mruknął, podczas gdy Angie znalazła w końcu chwilę, by przyjrzeć się swojemu nowemu ciału. Wszystko wskazywało na to, że była gepardem w każdym calu, od wąsów na pysku po długi ogon, wystający przez oparcie krzesła i bujający się na boki, zdradzając jej zdenerwowanie. Krótka, sportowa bluzka zakrywająca jej piersi i spodenki potwierdzały słowa Briana, tłumaczącego policjantowi że wyszła pobiegać.

          – Jakim cudem to wszystko jest prawdziwe? – zapytała, obserwując ruchy końcówki jej własnego ogona. – Ja, ty, wszyscy inni wokół… – jej ciemnozielone oczy przeniosły się na lisa. – I niech mnie diabli… Ja mam męża?!

          – Chciałbym ci to wszystko detalicznie wyjaśnić, ale nie mam na dość czasu – rzucił Brian, uśmiechając się do niej. – Twój umysł, choć w głębokim szoku, powinien w ciągu doby kompletnie przystosować się do obecnego otoczenia, wypierając wspomnienia z przeszłego świata. Ja jestem tu tylko gościem, natomiast ty, podobnie jak inni, stałaś się właśnie stałą częścią tego miejsca.

          – Ale…

          – Jake został już poinformowany przeze mnie, że wszystko z tobą w porządku. – Biały Anthren przerwał jej. – Przekazałem mu, że za niedługo pojawisz się w domu. Wypadałoby się nieco odświeżyć, nim pójdziesz do szkoły prowadzić lekcję wychowania fizycznego, nie uważasz?

          – Szkoła? – wydusiła z siebie Angelina, wytrzeszczając na Briana oczy. – Wychowanie fizyczne? Jak…?

          – Nie myśl o tym Angie, po prostu żyj. – Lis wstał z krzesła, po czym podszedł do Angeliny i uściskał ją. – Więcej się już nie zobaczymy, więc mam nadzieję, że będziesz tu szczęśliwa.

          – Zaczekaj! – krzyknęła za nim, ale ten zdołał się już wmieszać w przechodzących chodnikiem Anthrenów, po czym zniknął bez śladu. Gepardzica stała tak przy stoliku, nie do końca wiedząc, co powinna ze sobą zrobić. Nagle jednak poczuła, jak na jej ramieniu dzwoni zamocowany w futerale telefon. Wkładając do uszu zwisające z jej szyi słuchawki, Angie drżącymi palcami odebrała połączenie od Jake’a.

          – W końcu! – rozległ się pełen niepokoju, męski głos. – Nie wiedziałem co się dzieje! Ktoś zadzwonił do mnie i powiedział, że zasłabłaś na ulicy. Mam do ciebie jechać?

          – N-nie… – wydusiła z trudem gepardzica. – Wszystko w porządku kochanie, za niedługo będę w domu. Nawet nie wiem gdzie mieszkam, przemknęło jej przez głowę w panice. A zaraz po niej pojawiła się inna: nie pleć głupstw, przecież doskonale wiesz jaka to ulica i który dom, mieszkasz tam z mężem od dwóch lat.

          – Jesteś pewna, że nie mam po ciebie przyjechać? – zapytał Jake. – Za dwie godziny powinnaś być w pracy… Dasz radę?

          – Za kogo ty mnie masz, hm? – zapytała z lekkim zirytowaniem w głosie Angelina. – Za pół godziny będę w domu – dodała krótko, po czym się rozłączyła. Kilka sekund później zrozumiała, że powiedziała to wszystko z taką pewnością, jakby była Anthrenką niemalże od zawsze.

          Wychodząc z powrotem na ruchliwy, miejski chodnik młoda gepardzica przeciągnęła się z uśmiechem, rozprostowując i naciągając nogi, szykując się do biegu niczym zawodnik na olimpiadzie. Jeśli miała znaleźć się w domu w pół godziny, musiała dobrze wytężyć swoje mięśnie, choć z drugiej strony była niemal pewna, że będzie tam w piętnaście minut.

          Wózek, do którego była przykuta jako człowiek stał się coraz bardziej zanikającym wspomnieniem. Wszystkie problemy, które wiązały ją z tamtym światem zacierały się z każdą minutą, a jej ciało i umysł wypełniały entuzjazm i radość, jakich nigdy dotąd nie odczuwała. Czuła, że może zrobić wszystko i nie ma nikogo, kto by ją przed tym powstrzymał. A potem, włączając na telefonie odtwarzacz i wypełniając swoje kocie uszy muzyką,pobiegła.
(2018) Damian Superson

Zaproszenie do współpracy

Zapraszamy do współtworzenia naszej gazety przez bieszczadzkich poetów, pisarzy, fotografów, rzeźbiarzy, malarzy i innych artystów. Na naszej stronie możecie pochwalić się swoją twórczością oraz ją zapromować. Bardzo chętnie będziemy udostępniać łamy naszej gazety młodym, debiutującym artystom aby mogli zaprezentować się szerszej publiczności.
Serdecznie zapraszamy do współpracy. Zainteresowanych naszą ofertą prosimy o kontakt : tel- 883 018 180, e-mail- redakcja@zaslyszane-w-bieszczadach.pl
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 1205211
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem