Fotografia - Jacek Piecuch

PUNKTY PRZECIĘCIA -odcinek siódmy Jacek Piecuch - 02-05-2020

 
           W głosie lekarza zabrzmiała jakaś znajoma nuta, coś, co poruszyło w nim strunę, której dawno nie słyszał, o której istnieniu nawet nie wiedział lub tylko o nim zapomniał, nuta ironii charakterystyczna dla człowieka, który ma przewagę emocjonalną nad swoim rozmówcą. Nie wiedział skąd zna taki ton, ale był pewien, że już nieraz go słyszał i to wywołało u niego coś pokrzepiająco optymistycznego. Poczuł niespodziewanie, że jednak istnieje jakaś przeszłość, a co za tym idzie – teraźniejszość nie jest tylko wytworem jego chorego umysłu, a przyszłość prawdopodobnie się wydarzy. Jakaś przyszłość.
 
          - Dajecie jeść i nie leje mi się na głowę – powiedział, starając się nie mówić tak, aby zabrzmiało to jak najbardziej bezuczuciowo. – No i jest tu ciepło. Ale potrzebuję przestrzeni, nie mogę siedzieć zamknięty w nieskończoność. Nie jestem przyzwyczajony do zamkniętych pomieszczeń.
 
          - Tak? – lekarz spojrzał niespodziewanie badawczo w jego oczy, niemal przewiercając się do dna duszy. – A do czego jest pan przyzwyczajony?
 
          Zrozumiał. Niespodziewanie zrozumiał. To nie była zwykła rozmowa, tylko dalsza część badania, a lekarz zdradził się z tym – być może celowo, próbując wywołać u niego jakiś odruch przypomnienia. Zresztą sam nie miał pojęcia skąd wzięło mu się to nieprzyzwyczajenie do zamkniętych pomieszczeń. Poczuł chłód emocji, nagle dotarło do niego, że jest w nim w środku jakiś człowiek, posiadający upodobania, przyzwyczajenia, nawyki, może wykształcenie, o których do tej pory na-wet nie miał pojęcia. Coś jednak wewnętrznie kazało mu nie zdradzać się z tym. Nie wiedział co i dlaczego, ale przez skórę czuł, że lepiej dla niego będzie, jeśli – na razie – nikt nie dowie się niczego o jego wnętrzu i w ogóle o tego wnętrza istnieniu.
 
          - A skąd mam to niby wiedzieć, niczego nie pamiętam… Wyraźnie dostrzegł rozczarowanie na twarzy lekarza. Bezsensownie ucieszyło go to, bo był to jego pierwszy jakiś maleńki sukces. A jeszcze większą radość sprawiło mu, że uznał lekarza za marnego psychologa, który próbował podejść go niczym słoń i zdradził się z tym natychmiast. Zatryumfował wewnętrznie i poczuł nie tylko radykalną poprawę nastroju, ale także przypływ kolejnych sił do walki o siebie. Nie wiedział dlaczego, ale był pewien, że jeśli sam o siebie nie zawalczy, jeśli sam nie dojdzie do celu, jakim jest odzyskanie przeszłości i tożsamości, to nikt inny mu w tym nie pomoże. Był przekonany, że pod pozorem troski i jakiegoś tam, nazwijmy to dochodzenia, ludzie, którzy go otaczają nieustannie coś przed nim ukrywają. Być może tylko to gdzie jest, być może też robią to dla jakiegoś – im tylko znanego – jego dobra, ale czuł podświadomie, że nie tylko niewiele mogą, ale też – a może przede wszystkim – robią to źle. Wiedział – skądkolwiek ta wiedza by pochodziła – że tylko on sam jest w stanie dotrzeć do swojego istnienia, swojej osobowości, swojej w końcu przeszłości.
 
          - Wróćmy do snów – usłyszał glos lekarza – co się panu śniło?
 
          - Nie pamiętam – kłamał jak z nut – teraz już nie pamiętam, ale nie było to przyjemne – postanowił nie wspominać ani słowem o ogniu, który widział we śnie, o huku i krzykach, które słyszał, ani o dominującej wszędzie gdzie tylko spojrzał czerwieni. Postanowił też nie mówić o tym, że ilekroć udało mu się ponownie zasnąć, to za każdym razem wracały te same przerażające obrazy. – Jakieś koszmary, ale nic konkretnego. Pewnie mózg mi zaczyna się psuć do reszty – dorzucił, wiedząc doskonale, że jest dokładnie odwrotnie.
 
          - Szkoda – lekarz wyraźnie był zawiedziony – proszę na przyszłość starać się zapamiętywać takie rzeczy. Sny to nieodgadnione zjawisko, ale z reguły mają jednak coś wspólnego z rzeczywistością.
 
          - Postaram się – wiedział, że tak nie będzie. Nie ufał temu człowiekowi, bez racjonalnego powodu, ale nie miał do niego zaufania. – A niech mi pan powie, bardzo proszę, jeśli to możliwe… Jaka jest zależność między ilością światła w tym szpitalu, a porą dnia? I może wreszcie się dowiem jak długo już tutaj przebywam…
 
          - Więc widzę, że odkrył pan już nasze małe oszustwo z oknami…
 
          - Już jakiś czas temu.
 
          - To już coś o panu mówi – niespodziewanie pojął, że przedwcześnie źle ocenił jego zdolności co do psychologii, ale nie dał tego po sobie poznać. – Pora dnia jest taka, jaką widzi pan za oknem, czymkolwiek by ono dla pana było – kontynuował lekarz – nie chce mi się tłumaczyć dlaczego tak jest, zresztą nie mam do tego upoważnienia. A ile czasu już pan tu przebywa… A jakie znaczenie ma czas w pana przypadku?
 
          - Po prostu chciałbym wiedzieć – poczuł irytację, ale starał się zapanować nad głosem – o ile to możliwe.
 
          - Zatem dowie się pan tego nie ode mnie i we właściwym czasie, jak sądzę.
 
          Odwrócił się na pięcie i bez słowa, zirytowany, ruszył w stronę drzwi. Nie chciało mu się dłużej gadać, wiedział, że i tak nie dowie się niczego więcej. Już przy wyjściu zatrzymały go niespodziewanie słowa lekarza.
 
          - I mógłby się pan w końcu ogolić. Powiedział to po angielsku. Wiedział doskonale, że te słowa padły w tym właśnie języku i doskonale je zrozumiał. Nie wiedział skąd i jak dobrze zna ten język, ale szybko zrozumiał, że chyba całkiem nieźle, skoro pojął zdanie wypowiedziane w takiej formie. Odwrócił się z powrotem w stronę lekarza.
 
          - Słucham? – powiedział, starając się nie dać niczego po sobie poznać. – Nie rozumiem.
 
          - Nie rozumie pan co powiedziałem? – lekarz wrócił do polskiego – Czy nie rozumie pan dlaczego to powiedziałem?
 
          - Nie rozumiem co pan powiedział – kłamał jak z nut na wszelki wypadek.
 
          - Nie zna pan angielskiego?
 
          - Najwyraźniej – odpowiedział – co pan mówił?
 
          - Że mógłby się pan wreszcie ogolić. Wygląda pan jak jaskiniowiec. Wie pan co to jaskiniowiec?
 
           - Wiem, mieszkaniec jaskini – odrzekł lodowato – ogolę się.
 
          Wyszedł z gabinetu lekarskiego nie mówiąc ani jednego słowa więcej. Poszedł do sali, w której od początku, a raczej odkąd pamiętał – jak to w myślach nazywał – mieszkał. Usiadł na łóżku, w głowie miał zamęt i poczucie zagubienia. Czego jeszcze o sobie nie wiedział? Czego jeszcze nie wiedział o reszcie otaczającego go świata
– gdziekolwiek on by się znajdował? Czego jeszcze nie wiedział o ludziach, z którymi
– kiedykolwiek – miał styczność? Czego jeszcze nie wiedział o swojej przeszłości? Czego mógł jeszcze spodziewać się w przyszłości? Myśli kłębiły się w jego głowie, opasywały go niemal całego, krępując niemal, niewidzialnymi więzami emocji i zwątpień. Niczym deszcz, który będąc życiem dla ziemi, bywa też jednocześnie słabością, bywa też jednocześnie cierpieniem i beznadzieją. Szarością i przenikliwością. Upadkiem i bezsilnością wobec natury. Chłodem i niepokojem. A jednak potrzebą i nadzieją.
 
          Ogolił się i wziął prysznic. Zajrzał do szafy i rzeczywiście wisiały tam jakieś ubrania. Włożył jakieś spodnie, jakąś koszulę. Spojrzał w lustro. Zobaczył twarz człowieka, którego nie znał, oczy, które nie miały żadnego znajomego wyrazu. Przyglądał się chwilę swojemu odbiciu próbując do-strzec choćby jeden znajomy rys twarzy, jeden znany sobie błysk w oczach, ale tam, po drugiej stronie, stał człowiek zupełnie obcy, człowiek, którego nie pamiętał. Niczym przechodzień, który w tłumie na ulicy potrąciwszy w ramię, spojrzy niespodziewanie w oczy, szukając ni to usprawiedli-wienia, ni to powodu do złości, ni to uzasadnienia zniecierpliwienia, ni to próbując opanować irytację. Człowiek, którego spotyka się raz jeden w życiu i nawet nie zapamiętuje się rysów twarzy, może tylko charakterystyczny jakiś cień, coś rzucającego się natrętnie w oczy, co mogłoby zapaść w pamięć. Ale nie tym razem – tym razem była to twarz obca, nigdy nie widziana. Twarz może charakterystyczna, ale charakterystycznością każdej indywidualnej twarzy, każdego człowieka, bo każdy wszak ma w twarzy coś indywidualnego i niepowtarzalnego. Czy jednak następne spojrzenie w lustro będzie spojrzeniem w twarz znaną? Rozpoznawalną? Nie był tego pewien.
 
          To była kolejna ciężka noc. Pierwszy sen przyszedł szybko i równie szybko się skończył. Zbudził się z poczuciem beznadziejnego przerażenia – właśnie beznadziejnego, to było najlepsze słowo określające to co czuł. Znów widział we śnie zło, którego nie rozumiał, potworności, których nie znał i porażający smutek, którego nie pamiętał. Znów były złe rozbłyski, złe krzyki, huk i oślepiające światła i znowu wszystkie obrazy miały przerażająco czerwony odcień, jakby wszystko skąpane było w tej czerwieni i w tych światłach. A kiedy przekonał się, że to tylko sen, to nie przyszło uspo-kojenie. Wpatrywał się w ciemny sufit na swoją głową i kiedy zamykał oczy na ułamek sekundy, to nie wiedział – zasypia, czy tylko traci przytomność. Wsłuchiwał się w ciche odgłosy dobiegające z korytarza i powoli znów zapadał się w ni to sen, ni to bezprzytomność, ni to odrętwienie… I znów budził się przerażony tymi samymi obrazami, które musiały tkwić gdzieś głęboko w jego podświadomości – czymkolwiek by była. I tęsknił za porankiem, kiedy nie będzie już obowiązku spania i kiedy odejdą koszmary nocy i zamienią się w zwykły już koszmar dziennej niewiedzy, do którego po-woli zaczynał się przyzwyczajać.
 
          Obudziło go coś niezwykłego. Coś, czego na początku nie rozumiał, czego nie nazwały jednoznacznie zrazu jego zmysły. Długą chwilę wsłuchiwał się w ciemność i długo nie mógł zrozumieć co było tak zaskakującego, co wyrwało go z kolejnego koszmaru. Niespodziewanie też poczuł coś, co było dla niego czymś jednocześnie nieznanym i jakby zupełnie zrozumiałym, coś, co – paradoksalnie – było jakąś nowością, a jednocześnie zupełnie zrozumiałą normą. Było to jakieś przedziwne wyostrzenie zmysłów. Zdawało mu się, że słyszy każdy szmer i widzi doskonale w ciemności. Całym też sobą wyczuwał otaczającą go rzeczywistość, jakby całe jego ciało było dodatkowym, nienazwanym zmysłem, który w jakiś sposób posiadł. Jakby wszystkie inne zmysły zebrały się, tworząc szósty, odbierający bodźce każdym centymetrem kwadratowym jego ciała, niejako poza jego świadomością. Trwał więc długą chwilę w bezruchu, leżąc na łóżku i całym sobą zastanawiając się nad tym, co tak niezwykłego jest w tej ciszy, która go obudziła. I nagle pojął. To właśnie ta cisza wyrwała go ze snu. Spoza drzwi dobiegało tylko przyćmione światło, ale ani jeden dźwięk nie rozpraszał nocy. Żadnych głosów ludzkich, żadnych odgłosów kroków, żadnych dźwięków, szelestów, szmerów, stuków ani szumów. Długo poszukiwał w przestrzeni jakichkolwiek oznak życia, ale nic do niego nie dotarło. Co więcej – w rogu, pod sufitem nie mrugało na czerwono światełko, które dotąd towarzyszyło mu nieustannie. Wszystko to wyglądało tak, jakby niespodziewanie został sam – nie wiedział – na świecie? W tym szpitalu, który nie był szpitalem?
 
          Bezszelestnie wstał z łóżka i równie bezszelestnie podszedł do drzwi. Podświadomie zadziwiony był tym, że jego ruchy stały się jakieś miękkie i sprężyście ciche, jak bestii, która niespodziewanie poczuła krew. Starał się nieustannie kontrolować wszystkie bodźce, jakie do niego docierały, ale nie słyszał nawet kroków swoich bosych stóp. Ostrożnie wyjrzał zza framugi drzwi na korytarz. Nie dostrzegł żadnego ruchu, nie usłyszał żadnego odgłosu. Co dziwniejsze – w końcu korytarza nie paliło się światło, które zawsze było zaświecone przy biurku, za którym siedziała zwykle pielęgniarka. Wrócił z powrotem w głąb pokoju i szybko, bezszelestnie ubrał się. Spodnie, koszula, buty, jakaś kurtka… Wyszedł za drzwi i powoli, po cichu ruszył przed siebie w stronę końca korytarza. Powoli, krok za krokiem zbliżał się do drzwi, o których wiedział że tam są, dokładnie naprzeciw pielęgniarskiego biurka, ale które zawsze były zamknięte. Kiedy tam dotarł, zobaczył pielęgniarkę, która spała z głową złożoną na skrzyżowanych ramionach na blacie biurka. Położył dłoń na klamce drzwi i powoli, bardzo powoli nacisnął. Drzwi ustąpiły bez najmniejszego zgrzytu. Za nimi zobaczył schody wiodące w górę, oświetlone słabym, mdłym światłem. Natychmiast zrozumiał dlaczego nie było okien – znajdował się w podziemiach.
 
          Ostrożnie zamknął za sobą drzwi i powoli ruszył w górę schodów. Starał się stąpać ostrożnie, nie wydając żadnych odgłosów. Nie miał pojęcia dokąd prowadzą te schody i co czeka go na ich końcu, ale był zdesperowany tak bardzo, że po prostu musiał dowiedzieć się czegoś więcej o świecie, o sobie, a był niemal pewien, że nie uda się tego osiągnąć dopóki będzie tkwił zamknięty w tym miejscu. Stąd impuls, który pchnął go do jego opuszczenia, prowadził go dalej po tych schodach, ku niewiadomemu. Nie wiedział co czeka go na zewnątrz i czy w ogóle uda się gdziekolwiek wyjść, ani dokąd pójść, ani co ze sobą zrobić. Wiedział jednak, a raczej czuł jakoś podświadomie, że musi odnaleźć jakiś cel, jakąś przeszłość, cokolwiek. Zastanawiał się tylko skąd to niedopatrzenie w postaci niezamkniętych drzwi. Zawsze były zaryglowane, sprawdzał to wielokrotnie podczas długich spacerów tam i z powrotem po korytarzu. Tym razem były otwarte i to wzbudziło w nim lekki niepokój, ale postanowił chwilowo nie zawracać sobie tym głowy, pozostawiając tę kwestię na przyszły, bliżej nieokreślony czas.
 
          Poczuł chłód. Wyraźnie poczuł powiew zimnego powietrza i domyślił się, że jest na dobrej drodze, że zbliża się do wyjścia. To było trochę dziwne uczucie po tylu dniach przebywania w zamknięciu, ze stałą temperaturą. Dziwne, ale jakoś niezrozumiale krzepiące. Poczuł niespodziewanie, jakby powietrze, przestrzeń, to były jego żywioły. Jakby to właśnie otwarta przestrzeń była tym, czego potrzebował, w czym czuł się najlepiej, najbezpieczniej. Zmierzał więc ku miejscu, z którego – jak mu się zdawało – dobiegał chłód, pnąc się po schodach i trzymając się poręczy. W końcu dotarł do celu. Stanął przed uchylonymi lekko drzwiami, zza których dobiegały zimne powiewy, był tego pewien, bo przyłożył dłoń i wyraźnie poczuł zimno. Obok znajdowały się jeszcze jedne drzwi, ale nawet nie próbował ich otwierać, bo natychmiast dostrzegł obok framugi klawiaturę, podświetloną słabym, zielonym światłem. Wyglądały solidnie i były szczelnie zatrzaśnięte. Obok tych uchylonych drzwi również zauważył klawiaturę, ale aż uśmiechnął się do siebie, kiedy dostrzegł miotłę na kiju włożoną między skrzydło drzwi a framugę. Wiedział już, że za tymi drzwiami na pewno ktoś jest, bo domyślił się, że po prostu komuś nie chciało się wpisywać kodu i wyszedł na chwilę, właśnie w ten sposób zabezpieczając drzwi przed zatrzaśnięciem. W głowie kołatało mu się coś o złamaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa, ale nie tylko nie wiedział skąd to wie, ale też i nie zaprzątał sobie tym zjawiskiem głowy. Powoli, bardzo powoli ramieniem pchnął drzwi i w ostatniej chwili złapał miotłę, która przewracała się kiedy nie była już przytrzaśnięta i mogła narobić huku. Wyjrzał na zewnątrz. Było ciemno, choć dostrzegł jakieś światła gdzieś w oddali. Mimo ciemności od razu zobaczył postać. Był to mężczyzna, który odwrócony do niego plecami opierał się ramieniem o ścianę budynku i palił papierosa. Domyślił się, że musiał to być ktoś, kto nie zamknął drzwi wyjściowych z korytarza i wyszedł na zewnątrz zapalić, zakładając, że wróci za chwilę, a przez ten czas nic się nie wydarzy. Znów uśmiechnął się do siebie jakimś diabelskim, tryumfującym uśmieszkiem i powoli, bezszelestnie wyszedł na zewnątrz, na powrót wkładając kij od miotły w drzwi. Błyskawicznie rozejrzał się i dostrzegł, że jest na chodniku przy ulicy, a z drugiej jej strony stoi ciemny wysoki budynek i to z jego okien dobiegało światło. Nie było żadnych latarni i gdyby nie te światła, to byłoby całkiem ciemno. Przylgnął do muru i powoli, bokiem, starając się nie zakłócić ciszy, posuwał się w przeciwną stronę od tej, w której stał palący papierosa mężczyzna. Po kilku metrach dotarł jakiejś wnęki i tam postanowił poczekać. Nie trwało to długo. Mężczyzna rzucił niedopałek i przydeptał go butem, po czym otworzył drzwi i wszedł do środka. Natychmiast zatrzasnęły się z cichym szumem.
 
          Dopiero teraz mógł dokładniej się rozejrzeć. Jego oczy przenikały mrok nocy zaskakująco nawet dla niego samego. Wyraźnie widział ulicę i chodnik po obu jej stronach, mimo, że było całkiem ciemno. Dostrzegł samochód zaparkowany kilkadziesiąt metrów dalej, bez świateł i jakiegokolwiek ruchu w jego pobliżu. Widział jeden koniec ulicy niknący daleko w mroku i drugi, gdzie zdawało mu się, ze dostrzega zarysy zabudowań, a na pewno punkciki świateł. Domyślił się, że jest w mieście, ale jeśli dużym, to raczej na jego peryferiach, sądząc po wielkości budynków. Nie wiedział gdzie jest i dokąd iść, ale jakoś instynktownie ruszył powoli w kierunku widniejących w oddali świateł, zakładając, że tam jest jakieś bliżej nieokreślone centrum. Szedł cicho, niemal bezszelestnie, całym sobą wyczuwając każdy ruch, każdy najmniejszy nawet odgłos wokół siebie. Przeszedł może kilkadziesiąt kroków, kiedy wyczuł za sobą czyjąś obecność. Właśnie tak – nie usłyszał, tylko wyczuł, jakby całe jego ciało było czułym niezwykle urządzeniem, reagującym na najdelikatniejsze bodźce. Nie zatrzymał się, nie zwolnił nawet kroku, szukając miejsca, gdzie mógłby potwierdzić lub nie owe przeczucia. Znalazł wreszcie ciemną bramę i szybko w nią skręcił. Wtopił się w mur, a kiedy ręką wyczuł kolejny załom, wsunął się w znajdującą się tam wnękę. Było tak ciemno, że nawet on ledwie widział cokolwiek, ale właśnie wtedy usłyszał kroki dobiegające z tej stron, z której przyszedł. Kroki przyspieszające wyraźnie i po chwili tuż obok niego przemknęły dwie ciemne sylwetki. Niemal poczuł na twarzy powiew przez nie wywołany. Jeszcze bardziej wcisnął się w ścianę i wstrzymał oddech. Po chwili usłyszał jak kroki ucichły, potem szeptane rozmowy, słowa, których nie mógł zro-zumieć, bo były wypowiedziane bardzo cicho, a po kilku chwilach dwie osoby przeszły znów tuż obok niego, wyszły z bramy i po chwili wahania ruszyły dalej, w stronę, w którą początkowo zmierzał. Słyszał jak pośpieszne kroki powoli cichną i właśnie wtedy nagle zrozumiał – nie uciekł, tylko został wypuszczony, aby ktoś – nie miał pojęcia kto – mógł pójść za nim.
 
          Wściekł się. Nie był w stanie pojąć jak mógł tak łatwo dać się oszukać. Teraz dopiero zrozumiał, że zbyt było wiele tych sprzyjających okoliczności, zbyt było łatwo wyjść z miejsca, w którym do tej pory był hermetycznie odizolowany od świata, którego realne istnienie właśnie się potwierdziło, choć jeszcze kilka godzin temu nie miał żadnej co tego pewności. Nie miał pojęcia w jakim celu przeprowadzono cały ten spektakl, bo nie miał przecież pojęcia kim jest, skąd się wziął i dokąd miałby się udać. Domyślił się jedynie, że ludzie, którzy zorganizowali tę jego nibyucieczkę, też nie wiedzieli więcej i to w jakimś stopniu poprawiło mu samopoczucie, choć w tej sytuacji nie na wiele się to zdało. Teraz zatem intensywnie zaczął analizować swoje położenie. Tysiące myśli w jednej sekundzie przebiegało mu przez głowę, tysiące zamiarów i sposobów ich realizacji, tysiące alternatywnych rozwiązań tego samego równania ze zbyt wieloma niewiadomymi. Wracać – dokąd? Iść dalej – dokąd? I po co? Tkwił zatem w załomie muru, przyciśnięty do zimnej ściany, nie wiedząc nawet ile czasu zajęły mu te rozmyślania. I właśnie wtedy usłyszał trzask zamykanych drzwi od samochodu i ciche, szybkie kroki zbliżające się w jego stronę.
 
     ROZDZIAŁ VI
 
          Było jeszcze całkiem ciemno, ale Barbara wiedziała, że o tej porze roku dzień wstaje późno, więc spojrzała na opalizujące w mroku cyfry zegara. Była 5.48, więc ze świadomością, że budzik zadzwoni za 12 minut odwróciła się na drugi bok. Wpatrywała się w bladą poświatę dobiegającą przez zasłony w oknie i jeszcze raz, zdanie po zdaniu, słowo po słowie – układała w głowie całe sprawozdanie, jakie miała tego dnia przekazać szefowej. Minione dwa dni to był czas bardzo intensywnej pracy, intensywnych poszukiwań, rozmów z ludźmi, ucieczek i kluczenia, składania w całość poroz-rywanych i dziwacznych informacji, które dopiero poprzedniego wieczora zaczęły się układać w jakąś – nie do końca zrozumiałą – całość. W historię, która miała się nie wydarzyć, a jednak – z jakiegoś powodu – stała się faktem, choć ona sama nie była jeszcze w stanie jednoznacznie jej zrozumieć. Miała jednak nadzieję, była wręcz niemal pewna, że wszystko co udało jej się ustalić – jakkolwiek by to bezsensownie pozornie wyglądało – da się realnie i logicznie wytłumaczyć.
 
          Budzik odezwał się cicho i nie zdążył jeszcze nabrać rozpędu, bo szybko zgasiła jego brzęczenie zanim rozkrzyczał się na dobre. Wstała z łóżka i rozpoczęła swój codzienny poranny rytuał – tym razem nieco bardziej nerwowy, nieco bardziej niepokojący, nieco bardziej pośpieszny. Chciała jak najszybciej wyjść z domu, jak najwcześniej być w redakcji, jak najszybciej zamknąć sprawy bieżące, konieczne do zamknięcia, jak najprędzej zabrać się za swoje redakcyjne śledztwo. Prysznic, śniadanie, makijaż, ubieranie… To wszystko, co każdego ranka robiła niemal automatycznie, tym razem trwało irytująco długo. Przebiegło jej przez myśl, aby zrezygnować może ze śniadania, ale wiedziała, że to będzie ciężki dzień, więc rozsądek wziął górę nad desperacją i
– z trudem – przełknęła kilka kęsów, obiecując sobie w duchu zjeść coś porządnego na mieście. Już w kurtce i szaliku rozejrzała się po mieszkaniu, jakby chciała zapamiętać jego wygląd, złapała ze stołu kluczyki od samochodu i po minucie była już za kierownicą. Zdążyła przed porannym szczytem komunikacyjnym, czy raczej przed jego apogeum i w kilkanaście minut później zaparkowała wóz na parkingu redakcyjnym. Dostrzegła samochód szefowej i ucieszyła się na ten widok, bo oznaczało to, że i ona jest już w pracy. Przeskakując po dwa stopnie wbiegła na piętro i weszła do swojego pokoju redakcyjnego, rzucając po drodze zdawkowe powitania tym nielicznym kolegom, którzy już siedzieli przy swoich komputerach i którzy spoglądali na nią z jakimś specyficznym, milczącym wyrazem w oczach. Ledwie zdążyła zrzucić kurtkę, kiedy otworzyły się drzwi i stanęła w nich szefowa.
 
          - Przyjdź do mnie za chwilę – powiedziała i znikła za zamkniętymi drzwiami.
 
          Z jednej strony zadowolona, z drugiej jednak nieco zaskoczona tym pośpiechem, powiesiła kurtkę na wieszaku i wyszła na korytarz. Drzwi od gabinetu naczelnej były lekko uchylone, co było czymś niespotykanym – zawsze były zamknięte, bo szefowa ceniła sobie jakąś szczątkową prywatność, o ile można było mówić o prywatności w redakcji, przez którą nieustannie przewijały się dziesiątki ludzi. Zapukała i usłyszawszy z wewnątrz zaproszenie weszła do środka. Naczelna siedziała w swoim fotelu za biurkiem i Barbara od razu dostrzegła coś nienaturalnego w jej pozie. Wyglądała, jak by chciała udowodnić i podkreślić, że to jej terytorium – jakoś tak rozparta i dumna, wzrokiem pełnym jakiegoś dziwnego wyrazu patrząc na Barbarę i siedzących na krzesłach dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach. Ten widok był zaskakujący – tym bardziej, że nie spodziewała się zastać tu kogokolwiek oprócz właścicielki gabinetu, a już szczególnie dwóch – poznała od razu – „smutnych” panów, których jednoznacznie zdefiniowała jako przedstawicieli bliżej nieokreślonych, mniej lub bardziej tajnych „służb”.
 
          - Zamknij drzwi – głos szefowej też brzmiał jakoś inaczej niż zwykle, jakoś sucho i płasko, z jakimś dziwnym przychrypem. – Panowie – wskazała dłonią – przyszli do naszej redakcji, aby przekonać nas, że sprawa, którą zaczęliśmy się zajmować nie istnieje. Ponieważ mają argumenty, których nie sposób podważyć, chcę, żebyś to usłyszała jasno ode mnie: tej sprawy nie ma, zrozumiałaś?
 
          - Nie – odpowiedziała, a raczej wyjąkała nie pojmując ani słowa z tego co usłyszała – nie, nie zrozumiałam, o czym mówisz?
 
          - Nie przypominam sobie, żebym kiedyś pozwoliła ci mówić do mnie „ty” – odrzekła szefowa, czym wprawiła ją w jeszcze większe zdumienie, o ile to w ogóle mogło być możliwe. – Poza tym nie mam ci nic więcej do zakomunikowania. Możesz wracać do swoich obowiązków – natychmiast zaczęła robić wrażenie, jakby Barbary w ogóle tu nie było, jakby była powietrzem, jakby w ogóle nigdy nie istniała. Dostrzegła tylko lekki uśmieszek, jakby kpiny, jakby tryumfu, na ustach jednego z mężczyzn. Bez słowa odwróciła się i wyszła na korytarz.
 
          Długą chwilę zajęło jej wyrównanie przyspieszonego oddechu i rozluźnienie zaciśniętych szczęk i pięści. Wolnym krokiem przeszła przez korytarz i weszła do swojego pokoju. Kłębiące się w głowie myśli i przekleństwa powodowały niemal fizyczny ból. Oparła się ramieniem o ścianę i wpatrywała się w pochmurny dzień za oknem. To był jej sprawdzony sposób na skupienie myśli i odnajdywanie – czasem bardzo odległych – motywacji. Tym razem jednak nie zadziałało. Nie rozumiała co się stało, nie rozumiała dlaczego i nie miała pojęcia co dalej. W jednej chwili wszystkie plany i wszystkie dokonania runęły w pył i nic nie zapowiadało jakiejkolwiek szansy odbudowy. Cały wysiłek poszedł na marne, nieprzespane noce, zmarznięte wieczory, przemoknięte poranki – wszystko to nagle okazało się nikomu do niczego nie potrzebne, owszem, zdawało się być wręcz szkodliwe. Czuła tak potworny żal i jednocześnie tak wielką bezsilność, że wydawało się jej, że nie będzie w stanie unieść tego ciężaru. A po chwili przyszła wściekłość. Wszechogarniająca, jadowita i krwawa niemal wściekłość. I była to złość motywująca – złość, która nie pozwoli odpuścić, nie pozwoli zmarnować, a już na pewno nie dopuści do tego, by jej w jej duszę
– czymkolwiek by była – wkradł się choćby cień, choćby okruszek załamania.
 
          - O, w życiu…! – wycedziła przez zaciśnięte znowu zęby i nawet nie zdziwiła się bardzo, że wypowiedziała to na głos.
 
          Z hukiem otwieranych drzwi wyszła z powrotem na korytarz i niemal zderzyła się z szefową, która najwyraźniej wychodziła już, bo ubrana była w płaszcz i rękawiczki. Zebrała się w sobie i spróbowała zapanować nad emocjami.
 
          - Pani redaktor – prawie udało jej się opanować drżenie głosu – proszę o dwa dni wolnego.
 
          - Mówisz „proszę” – odpowiedziała szefowa – a ton twojego głosu mówi „żądam”. Nie, nie zgadzam się, masz za dużo zaległych spraw.
 
          - Nie mam zaległych spraw – nerwy zaczęły ją ponosić – mam wszystko pod kontrolą.
 
          - A ja wiem, że masz zaległości – głos przełożonej był zimny, matowy i pozbawiony jakiejkolwiek barwy emocjonalnej. – Natomiast… Natomiast możesz dzisiaj wyjść wcześniej. Wpadnij gdzieś do jakiejś kawiarni i zrelaksuj się. Opanuj emocje i ogarnij się – nagle utkwiła spojrzenie w jej źrenicach, jakby próbowała jej zajrzeć w głąb, w samo serce – wypij dobrą kawę i zjedz o jedno ciastko więcej niż zwykle – niespodziewanie przymrużyła oczy. – To tyle – odwróciła się i poszła w stronę wyjścia. Po kilku metrach spojrzała jeszcze przez ramię – Pamiętaj, ciastko – i po chwili zniknęła za drzwiami.
 
          Barbara została sama na korytarzu i nie bardzo wiedziała jak ma zareagować. Była wściekła i na szefową i na siebie, że cały ten tak misternie zaplanowany atak trafił na ścianę i rykoszetem odbił się uderzając w nią. Stała na środku i bez sensu patrzyła się na drzwi, za którymi już dawno przepadła naczelna. Wreszcie powili odwróciła się i poszła do swojego pokoju.
 
          - W dupę se wsadź te swoje ciastka – na takie tylko mruknięcie pod nosem było ją stać, kiedy wreszcie przez zaciśnięte ze złości gardło mogło się przedrzeć jakieś słowo. Wiedziała, że było to gówniarskie i mało błyskotliwe, ale trochę jej od tego ulżyło.
 
          Usiadła przy biurku i postanowiła czymś się zająć, żeby choć na chwilę zapomnieć o upokorzeniu – tak, właśnie o upokorzeniu – które ją spotkało. Okazało się to jednak niemożliwe, bo wciąż miała w uszach słowa, które uderzyły w nią jak niespodziewany poryw wiatru. Nie mogła pojąć, jak mogło stać się tak, że wszystko to, co zostało ustalone nagle nie ma znaczenia. Jak mogło dojść do tego, że te wszystkie słowa o misji i wszystkie górnolotne zapewnienia nagle okazały się być pustymi frazesami, niewartymi uwagi. I jeszcze na dodatek te słowa o zaległych sprawach, które zupełnie były bez sensu. I te ciastka… Czyżby to była jakaś drwina? Jakaś kpina z niej? Jakieś szyderstwo wycelowane w nią? I to spojrzenie jakieś, pełne świdrującej przenikliwości, ten wzrok wbity w nią, przewiercający ją niemal do dna jestestwa… Szukała w głowie odpowiednio obraźliwego słowa, którym mogłaby na własne potrzeby określić szefową i nagle…
Ciąg dalszy nastąpi ...

Zaproszenie do współpracy

Zapraszamy do współtworzenia naszej gazety przez bieszczadzkich poetów, pisarzy, fotografów, rzeźbiarzy, malarzy i innych artystów. Na naszej stronie możecie pochwalić się swoją twórczością oraz ją zapromować. Bardzo chętnie będziemy udostępniać łamy naszej gazety młodym, debiutującym artystom aby mogli zaprezentować się szerszej publiczności.
Serdecznie zapraszamy do współpracy. Zainteresowanych naszą ofertą prosimy o kontakt : tel- 883 018 180, e-mail- redakcja@zaslyszane-w-bieszczadach.pl
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 1205111
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem