Fot. Jacek Piecuch

PUNKTY PRZECIĘCIA -odcinek ósmy

Jacek Piecuch  - 27.05.2020r.

 
          - Kretynko..! – mruknęła do siebie i zerwała się z krzesła. Szybko narzuciła kurtkę i wybiegła z pokoju. Po minucie była już na zewnątrz. Przez chwilę zawahała się czy iść w kierunku redakcyjnego parkingu, ale to był tylko ułamek sekundy. Szybkim krokiem skierowała się w stronę kawiarni za rogiem. Dotarła tam w kilka minut. Wewnątrz było prawie pusto. Właściciel stał za kontuarem i jak zwykle uśmiechał się do niej serdecznie. Jakoś postarała się odwzajemnić ten uśmiech i usiadła przy stoliku pod oknem, tym samym, przy którym siedziała poprzednio z szefową. Powiesiła kurtkę na oparciu krzesła i dopiero teraz rozejrzała się po lokalu. Przy jednym stoliku siedziała jakaś para młodych ludzi, którzy w charakterystyczny dla zakochanych sposób opierali się łokciami o blat stolika, pochyleni do siebie, nie dostrzegający poza sobą niczego w otaczającym ich świecie. Przy innym wolno mieszał kawę w filiżance szpakowaty mężczyzna w wieku może czterdziestu kilku, może pięćdziesięciu lat. Zwróciła uwagę na jego twarz, w której błyszczały jakimś dziwnym blaskiem jasne oczy. Od razu przyszło jej do głowy, że to marynarz, bo twarz miał ogorzałą, jakby nieustannie smagały ją wiatry i paliło słońce. Wzrok miał wbity w okno gdzieś ponad jej głową, jakby zupełnie był nieobecny. Poza tym w kawiarni nie było nikogo więcej.
 
          - Dzień dobry, pani Basiu – usłyszała nad głową głos właściciela kafejki – kawa jak zwykle dla pani, smacznego – uśmiechał się jak zwykle ciepło i serdecznie, stawiając przed nią na stoliku filiżankę z kawą i talerzyk z dwoma ciastkami.
 
          - Dziękuję bardzo – odpowiedziała również z uśmiechem – na pana zawsze można liczyć.
 
           - Do usług – odrzekł i już go nie było. Barbara bardzo ceniła go również za to, że nie był natrętem i jedyne co ich w jakiś sposób „łączyło”, to ciepły uśmiech i dodatkowe ciastko na spodeczku od czasu do czasu.
 
           Popijając kawę małymi łyczkami, delektując się jej smakiem i pochrupując kruche ciasteczka, powoli zapadała się w zamyślenie, wpatrując się w chłód ulicy za oknem. Nieustannie biła się z myślami, ani na moment nie była przekonana co do sensu swojego pobytu w tej kafejce. Nie wiedziała czy szefowa spotka się z nią, czy to wszystko co mówiła to była tylko swego rodzaju zasłona dymna, czy rzeczywiście odpuściła redakcyjne śledztwo, przekonana przez porannych gości o jego bezzasadności. Czuła, że znalazła się w sytuacji, kiedy nie może być pewna niczego, a z drugiej strony jakiś głos wewnątrz niej mówił, że nie powinna, nie może, nie ma prawa się poddawać. Być może był to jakiś bliżej nieokreślony dziennikarski zmysł, być może coś całkiem innego, ale ten głos był wyraźniejszy i bardziej przekonujący od tego, który mówił „nie ma sensu”.
 
          Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd weszła do kawiarni, ale ostatnie łyki kawy były już całkiem chłodne. Westchnęła ciężko, w duchu nazywając siebie naiwną idiotką i sięgnęła do kieszeni po pieniądze, żeby zapłacić za kawę, ale niespodziewanie jej wzrok spotkał się ze wzrokiem mężczyzny siedzącego przy stoliku w głębi lokalu, którego nazwała marynarzem. Dziwnie na nią patrzył. Tak, jakby chciał wyczytać z jej twarzy jakieś niezbędne dla siebie informacje. A potem zrobił coś jeszcze bardziej dziwnego. Nie odrywając od niej wzroku wyjął z kieszeni telefon, po czym jakimś niezrozumiale teatralnym niemal gestem otworzył tylną klapkę, wyjął baterię i kartę, wciąż patrząc w oczy Barbary. Nie wiedziała dlaczego, nie rozumiała co kazało jej to zrobić, ale natychmiast wyjęła z kieszeni kurtki swój telefon i zrobiła dokładnie to samo. Wówczas mężczyzna wstał od swojego stolika i wolnym krokiem podszedł do niej, zabierając po drodze płaszcz i rozebrany na części telefon. Usiadł na krześle naprzeciwko niej i westchnął z jakimś dziwnym wyrazem – ulgi? zrozumienia?
 
          - Dzień dobry, pani Basiu – odezwał się cichym, niskim głosem – powinna pani zjeść jeszcze jedno ciastko – filuterny uśmiech zagościł na jego wargach.
 
          - Kim pan jest i skąd pan wie jak mam na imię? – zapytała ostrożnie.
 
          - Córka powiedziała o niebieskiej kurtce i czerwonych rękawiczkach – odpowiedział – kurtka, owszem, niebieska, ale rękawiczek pani nie ma. A to ponoć pani charakterystyczna cecha.
 
          - Zostawiłam w domu, spieszyłam się rano – odpowiedziała bez zastanowienie i dopiero wtedy pojęła, że może zbyt szybko to powiedziała.
 
          – Córka? Znam ją?
 
          - Tak, nie byłem pewien czy to pani, dlatego dodatkowo użyłem hasła o ciastku, które wymyśliła. Może to i zbytek ostrożności, ale w sprawie, o której będziemy rozmawiać nigdy nie jest zbyt ostrożnie.
 
          - Więc jest pan ojcem mojej szefowej – bardziej stwierdziła niż zapytała – nie jestem pewna, czy powinnam o niej rozmawiać… I czy chcę…
 
          - Rozumiem pani emocje, ale za chwilę wszystko wyjaśnię. Zacznijmy od tego, że mam na imię Wojciech i, jeśli pani to nie przeszkadza, wolałbym, żeby pani nie mówiła do mnie przez „pan”, tak będzie łatwiej.
 
          - Już to przerabiałam z naczelną i umiarkowanie mnie to zachwyca. Ale dobrze, jestem Barbara i zgoda, mówmy sobie po imieniu. Przynajmniej do czasu, kiedy stwierdzi pan… stwierdzisz, że nasze przejście na „ty” nie miało miejsca.
 
          - Nie obawiaj się, musiała tak postąpić. Zresztą… sam jej to zaleciłem. Przynajmniej chwilowo. Miał w oczach coś, co wzbudzało jej zaufanie. Nie wiedziała co to było, ale jakiś błysk jego jasnych oczu w ogorzałej twarzy powodował, że zaczęła trochę jaśniej widzieć barwy tego chłodnego, jesiennego dnia. Uśmiechał się do niej jakoś kojąco, jakoś uspokajająco, jakby chciał jej powiedzieć, że nie wszystko stracone, że jej wysiłki nie poszły na marne.
 
          - Zezłościła mnie dzisiaj…
 
          - Wiem, ale to było konieczne. Tak samo jak nasze teraz spotkanie. Postaram się to opowiedzieć w jakimś skrócie, a potem posłucham ciebie – głos miał też ciepły i niski, choć wyraźnie wyczuwała w nim jakąś historię, której pewnie nigdy nie pozna, ale która zaważyła na jego życiu
 
            – Więc… Wiem, córka zawsze na mnie wrzeszczy, że nie zaczyna się zdania od „więc” – roześmiał się – zacznę zatem od kolejnej kawy. I tobie również polecam. A w ogóle to mają tu świetną kawę – wstał i podszedł do kontuaru.
 
          Teraz on zaczął ją irytować. Jej cierpliwość powoli zaczęła osiągać granice, poza którymi była już tylko złość. „Co za dzień…” pomyślała z westchnieniem, ale postanowiła opanować irytację i cierpliwie czekać. Wrócił po kilku minutach i usiadł przy stoliku, a po chwili stały przed nimi dwie filiżanki z parującą i pachnącą kawą.
 
            - Dobrze – zaczął – przede wszystkim ten dzisiejszy spektakl w jej gabinecie, to była demonstracja na potrzeby jej gości. Nawiasem mówiąc właśnie dlatego ja tu jestem zamiast niej, bo panowie zaprosili ją na rozmowę. Zresztą i tak ma ciągle ogon, jeśli wiesz co mam na myśli, podobnie jak ty.
 
          - Wiem, wciąż za mną ktoś łazi. A teraz będą i za tobą…
 
          - O mnie się nie martw, ja mam swoje sposoby. A poza tym… z pewnych powodów, o których na razie nie chcę wspominać, mało kto łączy ją ze mną, choć, jak wspomniałem, to moja córka. Ale po kolei, najpierw sprawa najważniejsza – jego twarz w jednej chwili stała się poważna – mamy z córką wspólnego, bardzo dobrego przyjaciela i u niego spotkaliśmy się w Bieszczadach. Opowiadała nam o tej dziwnej sprawie, nad którą zaczęłyście pracować i poprosiła o pomoc, bo wiedziała, że będzie niełatwo. A ponieważ nie jestem w stanie jej niczego odmówić i dodatkowo zainteresowało mnie to, więc jestem – znów uśmiechnął się jakoś tak bardzo młodzieńczo.
 
           - Rozumiem – Barbara długo się broniła, ale w końcu nie wytrzymała – jesteś marynarzem?
 
          - Nie, skąd to pytanie?
 
          - Przepraszam, ale jakoś tak mi się zdawało
 
          - Kiedyś byłem żołnierzem – jego twarz nagle zesztywniała – to dawne czasy i pewnie mało interesująca historia. Zwłaszcza, że musimy zająć się waszą sprawą. Słucham.
 
          - No dobrze, mam nadzieję wrócić kiedyś do tego tematu – uśmiechnęła się – po pierwsze zatem, udało mi się dotrzeć do zespołu z karetki, która tego dnia zabrała do szpitala tego mężczyznę. Okazało się, że jeden z ratowników mieszka całkiem blisko mnie i zna mnie z widzenia, więc łatwiej mi było coś od niego wyciągnąć. Przede wszystkim wie na pewno, że po wstępnych badaniach okazało się, że jest w całkiem niezłym stanie, tylko mocno wychłodzony, więc gadanie o tym, że nie żyje jest kłamstwem. Podobno tego samego dnia wywieźli go gdzieś sanitarką na wojskowych tablicach. Nie wiedział gdzie, ale dał mi namiar na kogoś, kto się zajmował jego przekazaniem przed wyjazdem i do niego też dotarłam. Początkowo nie chciał nic mówić, bo uparcie twierdzi, że nie pcha się w sprawy, które, jak to ujął, śmierdzą. Udało mi się jednak przekonać go w końcu, żeby coś pisnął i wspomniał wreszcie o tym, że kiedy go wywieźli, to po godzinie przyjechała jakaś limuzyna z czterema facetami, którzy intensywnie rozpytywali o całe to wydarzenie i bardzo mocno się wściekli, kiedy okazało się, że już go nie ma – Barbara przerwała na chwilę i napiła się kawy. – I tu zaczyna się robić ciekawie, bo kiedy ci wściekli odjechali, to przyjechali inni i cały personel dostał zakaz wypowiadania się do kogokolwiek na ten temat. Mieli po prostu natychmiast zapomnieć, że ktoś taki w ogóle istnieje.
 
          - No to rzeczywiście ciekawe – Wojciech był wyraźnie zainteresowany jej opowieścią. - Wygląda to na jakąś dziwaczną rywalizację.
 
          - No właśnie. Pospacerowałam trochę wokół tego szpitala i trafiłam na bardzo ciekawe zdarzenie. Ta kobieta, która w recepcji nie chciała ze mną rozmawiać, spotkała się z jakimiś dwoma mężczyznami, którzy, jak wyraźnie widziałam, wręczyli jej jakąś kopertę, a ona robiła wrażenie przerażonej i cały czas rozglądała się, jakby bała się, że ktoś ją zauważy. Kiedy rozstała się z nimi, wpadła prosto na mnie. Wyraźnie udawała, że mnie nie zna, ale kiedy prawie się zderzyłyśmy, to podała mi miejsce i godzinę i szybko uciekła. Poszłam tam i spotkałam się z nią – znów przerwała dla zaczerpnięcia oddechu i kilku łyków kawy. – To jest jakaś zwariowana historia i wciąż nie do końca wiem co o tym wszystkim myśleć.
 
          - I czego się od niej dowiedziałaś?
 
          - Że jest na skraju załamania nerwowego i ta scena, którą podpatrzyłam nie ma nic wspólnego z moimi poszukiwaniami. Opowiedziała mi bardzo smutną historię swojego toksycznego związku, a ja obiecałam jej pomóc, bo chyba jestem w stanie – uśmiechnęła się nieznacznie – a w zamian za to dostałam adres – tryumfowała – mam adres, lokalizację, gdzie na 99 procent jest człowiek, którego szukamy. To jest na peryferiach miasta, jakiś tajny ośrodek, o którym nikt nie wie, a o którym ona dowiedziała się przypadkiem i dodatkowo podsłuchała rozmowę, w czasie której pośrednio zostało to potwierdzone.
 
          Błyszczące oczy jej rozmówcy na moment zrobiły się jeszcze bardziej świetliste. Wyraźnie go to zainteresowało jeszcze bardziej i wyraźnie był tym poruszony. Barbara natomiast poczuła wreszcie jakąś ulgę. Nie wiedziała z jakiego powodu, ale ten człowiek wzbudzał w niej zaufanie i jakoś głęboko w duszy czuła, że jej wysiłki w końcu zaczęły zmierzać ku jakiemuś – bliżej nieokreślonemu, ale realnemu – celowi.
 
            - Zakładam, że nie zamierzasz tam się wybrać – w jego głosie wyczuła, że tak naprawdę, to doskonale wie jakie są jej zamiary.
 
          - Oczywiście, że zamierzam i to jeszcze dzisiaj – odpowiedziała, jak by to było coś zupełnie naturalnego i oczywistego.
 
            - Ale mam nadzieję, że nie sama…
 
          - A to się dopiero okaże – spojrzała mu w oczy, wzrokiem, który mówił „mam nadzieję, że ktoś mi pomoże”
 
           Wojciech westchnął ciężko i na moment jego spojrzenie zawisło gdzieś w przestrzeni za jej plecami, gdzieś za oknem, z którym powoli listopadowy dzień zmierzał ku schyłkowi. Przez chwilę zdawało się, że jest nieobecny i że będzie musiała przywołać go z powrotem do rzeczywistości. On jednak odezwał się cichym, jakby nagle zmęczonym głosem.
 
             - Basiu… Z tego co mi opowiedziałaś, wnioskuję, że to sprawy, w które nie powinnaś się pchać tak beztrosko. Zdaje się, że wpadłaś nagle między ludzi, między sprawy, które mogą być bardzo, bardzo niebezpieczne i… nie możesz narażać się bardziej niż to konieczne.
 
          - Wiem – odpowiedziała – wiem doskonale. Boję się trochę, ale nie zamierzam odpuścić, choćby mi na drodze stanęło dziesięciu smutnych panów i szefowa razem z nimi – wysiliła się na drobną złośliwość.
 
          - Ona akurat nie stanie ci na drodze, bo jest tak samo szalona jak ty – powiedział to zrezygnowanym jakby głosem, jakby nagle zdał sobie sprawę z najgorszej cechy charakteru córki, którą do tej pory ledwie podejrzewał – natomiast z mojego punktu widzenia ta sprawa zaszła za daleko jak na wasze możliwości.
 
          Prychnęła jakimś takim parsknięciem, które równie dobrze mogło znaczyć „wiem” jak i „nieprawda”. Paradoksalnie ona sama nie wiedziała co mogło oznaczać. Z jednej bowiem strony miała świadomość – oczywiście – że wchodzi na tereny obce, nieznane, wręcz wrogie, ale z drugiej była tak bardzo pełna desperacji, tak wiele w niej było zdecydowania, tak wiele determinacji, że obawy wydały się przy tym miałkie, nic nie znaczące, nieważne…
 
          - Nie cofam się tak łatwo z drogi, którą dobrowolnie i świadomie wybrałam – powiedziała, kiedy już w wewnętrznej jej walce między obawą a determinacją, szala zwycięstwa przechyliła się ku parciu naprzód.
 
          - Dobrze – najniespodziewaniej w świecie chyba po prostu przyjął to do wiadomości – na ile ufasz tej kobiecie? – to nie było pytanie wątpiące, zabrzmiało po prostu tak, jakby całkowicie wierzył w jej profesjonalizm.
 
          - A na ile mogę ufać tobie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie chcąc zdradzić się ze swoimi obawami.
 
          - W ogóle nie możesz mi ufać – roześmiał się – znamy się – spojrzał na zegarek – od godziny i byłoby nierozważnym, gdybyś ot tak, po prostu, obdarzyła mnie pełną ufnością. Niemniej… Zapewniam cię o mojej lojalności i chęci pomocy, a ty zdecydujesz sama.
 
          Poległa od własnej broni. Jednym zdaniem zagłuszył jej chwilowe samozadowolenie, okazując się przebieglejszym od niej. To jednak nie była klęska. Sama tego nie rozumiejąc, poczuła jeszcze większe zaufanie do tego człowieka, który miał w sobie, w swoim sposobie bycia, w sposobie jakim mówił, w oczach wreszcie – zwykłą otwartość, zwykłą prostotę i ani odrobiny fałszu. Skądś wiedziała, że – jakkolwiek głupio by to brzmiało – stoi po jej stronie, czymkolwiek i gdziekolwiek ta „jej strona” miałaby być.
 
          - Nie wiem na ile mogę jej ufać – wróciła do pytania, na które nie odpowiedziała – ale nie mam innego punktu zaczepienia i to w tej chwili jest jedyny trop. Zamierzam nim podążyć, a co dalej… okaże się.
 
          - Dobrze zatem. Podasz mi ten adres?
 
          - Nie. Natomiast obiecuję zdać relację z tego, czego się dowiedziałam.
 
          - To nierozsądne. To bardzo nierozsądne. Niech ci się nie wydaje, że sama jedna jesteś w stanie zabawić się z zawodowcami, bo z całą pewnością z nimi mamy tu do czynienia.
 
          Tego akurat nie musiał jej mówić. Doskonale wiedziała, że machina, na którą się porywa jest przeciwnikiem, którego nie wolno lekceważyć. Zdawała też sobie sprawę, że raz podjęta walka nie skończy się, nie może się skończyć tym, że w którymś momencie postanowi się wycofać i wszystko wróci do stanu wyjściowego. Wiedziała, że to droga bez powrotu, że czeka ją albo pełny sukces, albo totalna porażka. Więcej – miała pełną świadomość, że w przypadku przegranej już nic nie będzie takie jak dotąd. Jednak wiedziała też, że jeśli nie podejmie tego wyzwania, jeśli teraz cofnie się o krok, to i tak – również – nic już nie będzie jak dawniej. Za dużo się wydarzyło, za wiele widziała, zbyt wiele usłyszała, zbyt mocno weszła w ten obcy sobie dotąd świat, w którym nie ma – była tego pewna – miejsca na litość, miejsca na cofnięcie się choćby o milimetr, miejsca na choćby ułamek sekundy zawahania.
 
          - Wiem – powiedziała w końcu – ale jest już za późno żeby się wycofywać.
 
          - Spodziewałem się takiej odpowiedzi – znów uśmiechnął się jakimś zamyślonym, lekko nieobecnym uśmiechem – z opowiadań córki wynikało, że taka właśnie jesteś. Nie wiem czy to dobrze czy źle, nie podejmuję się oceniać. Ale nadal uważam, że pchasz się w kłopoty.
 
          - To kłopoty przyszły do mnie, ja ich nie zapraszałam – nagle uświadomiła sobie, że żyła dotąd w poukładanym do pewnego stopnia świecie, który niespodziewanie zburzył się i raczej nie ma szans na jego odbudowę.
 
          – Ale to zabrnęło… ja zabrnęłam za daleko, żeby teraz powiedzieć „nie, nie pcham się dalej”. Zresztą nie zamierzam robić niczego głupiego, pojadę tam tylko i się rozejrzę.
 
          - No dobrze – westchnął ciężko, jakby był pewien, że niczego nie wskóra – tylko proszę cię, uważaj bardzo, nie podejmuj niepotrzebnego ryzyka i wołaj pomocy w razie jakichkolwiek kłopotów.
 
          - Dobrze, obiecuję – wstała z krzesła – czas na mnie… Miło było cię poznać – uśmiechnęła się.
 
          - Mnie również – Wojciech też wstał i podał jej rękę – jeszcze raz proszę, uważaj, nie zrób niczego głupiego. Z doświadczenia wiem, że to się czasem bardzo źle kończy – powiedział to takim tonem, jak by dobrze wiedział o czym mówi, ale nie dopytywała już więcej.
 
          Tego popołudnia czas jakby zupełnie stracił swoje właściwości. To popołudnie nie dzieliło się na godziny, które składały się z minut. To popołudnie istniało jakby odrębnym, swoim własnym bytem. Kiedy wiele dni potem myślała o tym dniu, o tym popołudniu, miała przed oczami dziwaczny zlepek czynności, które nie działy się w określonych jednostkach czasu, a jedynie jakby poza nim, jakby ponad czasem. Świadomość bliskości – jakiegoś – celu, spowodowała, że pewne rzeczy działy się niejako samodzielnie, jakby całe lata przygotowywała się do tego dnia, do tego popołudnia, jakby wszystko to, co robiła do tej pory, niespodziewanie stało się nieważnym tylko preludium do wydarzeń, które miały nastąpić. Nie wiedziała co ją czeka tego popołudnia, które miało już stać się wieczorem, ale wiedziała, że czeka ją coś niebywałego. Nie wiedziała czy jest bezpieczna, ale wiedziała, że cofnąć się nie może i nie ma dokąd. Nie wiedziała kto jeszcze oprócz niej weźmie udział w tych wydarzeniach, ale wiedziała, że z całą pewnością nie będzie uczestniczyła w tym sama. Stąd prawdopodobnie dziwaczność tego popołudnia, kiedy szykowała się do wieczornego wyjazdu na przedmieścia i stąd pewnie dziwaczność mijających sekund i minut, które nie mijały, a jedynie raczej istniały gdzieś w jej świadomości, czy może nieświadomości. Upływ zatem czasu okazał się być czymś nie tylko nierealnym, ale wręcz abstrakcyjnym, jakby czas nie był mijaniem, tylko trwaniem kolejnych chwil, które – paradoksalnie – jednak stopniowo, po jednej, niespodziewanie znajdowały się już za nią. Zaistniał więc czas, nie będący czasem, zaistniały godziny, nie będące godzinami i trwały w bezruchu, jednocześnie mijając i upływając, choć wydawać się mogło, ze to kompletny bezsens. Wiedziała tylko jedno – kiedy wsiadała do samochodu było już całkiem ciemno, ale przecież zdawała sobie sprawę, że to listopad, więc tym bardziej dowolność czasu ogarnęła ją ze wszech miar.
 
          Zatrzymała samochód w wąskiej uliczce i zgasiła silnik. Ogarnęła ją całkowita ciemność, rozproszona jedynie nikłym światłem padającym z jakiegoś okna. Dopiero kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności zobaczyła, że po obu stronach ulicy stoją budynki i to właśnie w jednym z nich jedno okno było słabo oświetlone. Była już późna godzina i na ulicy nie było ani ludzi ani innych samochodów i to ją nieco zaniepokoiło. Pomyślała jednak, że w środku nocy ludzie śpią, a samochody mają pochowane w garażach. Wcale nie była pewna czy w ogóle dobrze trafiła, ale przed wyjazdem długo studiowała plan miasta i starała się zapamiętać drogę. Nie chciała korzystać z urządzeń elektronicznych, nie wiedziała czy nie są w jakiś sposób kontrolowane, czy nie spowodują, że zostanie namierzona, a poza tym chciała być niewidoczna, a w nocy wyraźnie widać poświatę urządzeń nawigacyjnych. Telefon też miała wyłączony i – jak ją nauczono – wyjęła z niego baterię i kartę. Leżał w schowku w samochodzie i wiedziała, że w każdej chwili może po niego sięgnąć, poskładać i w minutę będzie gotowy do pracy. Ale wiedziała też, że minuta, to czasem może być zbyt długi czas. Lekceważyła to jednak, wierząc w swoje szczęście i z nadzieją, że nic złego, co mogłoby jej w jakikolwiek sposób zagrozić, nie wydarzy się tej nocy. Siedziała więc, starając się nie wykonywać żadnych niepotrzebnych ruchów, próbując przebić wzrokiem ciemność listopadowej nocy. Nic się nie działo. Ciemność i brak oznak jakiegokolwiek życia sprawiły, że czas dłużył się, a chłód zaczął doskwierać, kiedy silnik samochodu wystygł i wewnątrz zaczęło robić się zimno. Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd przyjechała, może kwadrans, może pół godziny, może więcej. Nie odrywając wzroku od mroku ulicy, po omacku odnalazła rękawiczki i włożyła na zmarznięte dłonie. I właśnie wtedy dostrzegła jakiś ruch.
 
          W zasadzie to nie był nawet ruch w ścisłym znaczeniu tego słowa. Raczej dostrzegła niewyraźny, mdły poblask światła, który niespodziewanie pojawił się i po chwili niemal przygasł jakieś 100 metrów przed nią. Wysiliła wzrok tak bardzo jak tylko mogła i po chwili zaczęła rozróżniać szczegóły. Dostrzegła ciemną postać – raczej mężczyznę, sądząc po sylwetce – która wyłoniła się zza otwartych drzwi, przez które dobiegało światło. Mężczyzna chwilę coś majstrował przy drzwiach, pochylony lekko, jakby próbował coś włożyć między skrzydło a framugę. Domyśliła się, że drzwi musiały zamykać się automatycznie i przed tym właśnie chciał się uchronić. Stąd właśnie – jak się również domyśliła – pierwotny promień mdłego światła, a później jego przygaśnięcie, kiedy drzwi były już tylko uchylone i zablokowane. Po chwili dostrzegła czerwonawy błysk i zaraz po nim ledwie widoczny żar i dym z papierosa. Był to jak dotąd jedyny punkt zaczepienia dla niej, jedyna oznaka życia na tej ciemnej ulicy, więc niemal boleśnie przykuła do niego wzrok, licząc na to, że trafiła we właściwe miejsce. W głowie kołatała jej się myśl, że jeśli o tak późnej porze ktoś wychodzi na papierosa i pilnuje drzwi aby się nie zamknęły, to prawdopodobne jest, że nie jest to zwykły mieszkaniec, a raczej ktoś, kto pełni – jakąś, bliżej nie określoną – służbę. Jakby dla potwierdzenia tych domysłów, chwilę później drzwi powoli uchyliły się nieco bardziej. Mężczyzna z papierosem był odwrócony plecami i nie zauważył tego najwyraźniej, bo wciąż stał bez ruchu, oparty ramieniem o ścianę budynku. Nie zauważył też, że zza drzwi wysunęła się druga postać. Właśnie wysunęła, a nie wyszła, bo robiła wrażenie, jakby była jakąś niecielesną istotą, gdyż jakoś tak w specyficzny sposób przesunęła się obok skrzydła drzwi i przylgnęła do ściany, niemal całkowicie zlewając się w ciemności z jej fakturą. Trwała tak bez ruchu, aż Barbara w ogóle przestała ją widzieć. Wytężała wzrok do granic możliwości i nie widziała niczego oprócz uchylonych drzwi i mężczyzny, który po chwili rzucił niedopałek na ziemię i przydeptał go butem, a zaraz potem otworzył drzwi i wszedł do środka. Drzwi zamknęły się bezszelestnie, a w każdym razie przez zasunięte szyby w samochodzie nie usłyszała ani skrzypnięcia, ani trzaśnięcia. Minęła minuta, może dwie, nie widziała już nic, tylko ciemność. I kiedy już niemal była przekonana, że uległa złudzeniu, od ściany oderwał się powoli cień sylwetki, w miejscu oddalonym o kilka metrów od punktu, w którym przestała ją dostrzegać. Była to bez wątpienia postać mężczyzny, który powoli ruszył w jej stronę. Zwróciła uwagę na jego sposób poruszania się – jakby każdy jego krok był przemyślany i wyważony, jakby jego ruchy były ruchami dzikiego zwierzęcia polującego na niczego nie przewidującą ofiarę. Poruszał się jak kot, jak tygrys raczej, który by przetrwać nie może zdradzić swojej obecności dopóki nie będzie wystarczająco blisko by zaatakować.
 
          Zbliżał się coraz bardziej do miejsca, gdzie zaparkowała samochód i gdzie wciśnięta w siedzenie, próbowała zamrzeć w całkowitym bezruchu. Nie wiedziała kim był, nie była w stanie w ciemnościach w żaden sposób zidentyfikować tego człowieka, ale coś w środku, gdzieś głęboko w niej, mówiło wyraźnie, że ma przed sobą człowieka, którego poszukuje. Już miała chwycić klamkę drzwi i wysiąść, ale niespodziewanie zniknął jej z oczu, jakby zapadł się pod ziemię, jakby rozpłynął się w ciemności, sam stając się tej ciemności częścią. Powstrzymała ruch ręki w stronę klamki i wpatrywała się w ciemność, wbijała wzrok w gęsty mrok, niczego nie widząc. I właśnie wtedy dostrzegła dwie ciemne sylwetki, które wzięły się jakby znikąd i podążały w jej stronę. Zatrzymały się kilka metrów przed jej samochodem, jakby zdezorientowane i wówczas dostrzegła, że w ścianie budynku jest ciemniejsze miejsce, jakby brama? wnęka? Znieruchomiała jeszcze bardziej, choć wydawało jej się, że i tak już trwa w całkowitym bezruchu, a teraz dodatkowo wstrzymała jeszcze oddech i niemal zatrzymała bicie serca. Dwie postacie po chwili wahania weszły w ciemność bramy, a po minucie, która wydawała się wiecznością, wychynęły ponownie i ruszyły szybkim krokiem w stronę centrum miasta. Nie wytrzymała już dłużej. Zebrała się w sobie i wysiadła z samochodu. Starając się nie robić hałasu (choć sama słyszała swoje kroki) podeszła do ciemnego miejsca w ścianie budynku i ostrożnie postąpiła w mrok. Nagle poczuła uścisk opasującej ją ręki, która złapała ją niczym stalowe imadło, a jednocześnie czyjaś dłoń zasłoniła jej usta takim samym żelaznym uściskiem.
 
          - Piśnij tylko – usłyszała szept wtłoczony jej niemal w samo ucho – a jednym ruchem skręcę ci kark, rozumiesz?
 
Ciąg dalszy nastąpi ...

Zaproszenie do współpracy

Zapraszamy do współtworzenia naszej gazety przez bieszczadzkich poetów, pisarzy, fotografów, rzeźbiarzy, malarzy i innych artystów. Na naszej stronie możecie pochwalić się swoją twórczością oraz ją zapromować. Bardzo chętnie będziemy udostępniać łamy naszej gazety młodym, debiutującym artystom aby mogli zaprezentować się szerszej publiczności.
Serdecznie zapraszamy do współpracy. Zainteresowanych naszą ofertą prosimy o kontakt : tel- 883 018 180, e-mail- redakcja@zaslyszane-w-bieszczadach.pl
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 1205911
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem