PUNKTY PRZECIĘCIA -odcinek czwarty
 Jacek Piecuch - 21.01.2020r.

           Jak zwykle straciła rachubę czasu. Przeglądanie książek, czasopism i gazet z potrzebnymi jej materiałami, spisywanie notatek, dat wydania, stron i wydawnictw pochłonęło ją do tego stopnia, że kiedy spojrzała na zegarek było już po godzinie 16. Jeszcze zatem raz przejrzała wszystko co zanotowała na kilkunastu kartkach i – stwierdziwszy, że ma już wszystko – poskładała wydawnictwa, zgasiła małą stołową lampkę i odniosła do stolika, przy którym – jak zawsze – siedział starsza pani w grubych okularach, z niemodnym kokiem siwych włosów na głowie i ciepłym uśmiechem na twarzy. Jak zwykle zamieniły kilka standardowych zdań o pogodzie i ciężkich czasach, a potem pożegnała się i ruszyła w stronę wyjścia. Ale tym razem…

             - Pani Basiu – usłyszała za sobą – słyszała pani co się dzisiaj rano wydarzyło? Jakiegoś mło-dzieńca znaleźli w parku na ławce całkiem nieubranego…

             - Coś słyszałam – odpowiedziała zdawkowo i wymijająco – ale nie znam szczegółów – nie chciała wdawać się w dyskusję, bo gdyby przyznała się, że wie znacznie więcej, to rozmowa rozkręciłaby się na resztę dnia.

          - Podobno miał ledwie kilkanaście lat i był całkiem nagi – pani Róża, bo tak właśnie miała na imię, w jednym momencie zrumieniła się po same obciążone ciężkimi okularami uszy, co sprawiło, że jej włosy wydawały się jeszcze bardziej siwe.

            Osłupiała na moment, ale przypomniało jej się, że minęło już pół dnia i wiadomości rozeszły się szybko i na dodatek zaczęły żyć własnym życiem.

            - No taki całkiem młodziutki to nie był – mruknęła pod nosem, ale bibliotekarka zdawała się tego nie słyszeć.

            - Co to się teraz wyprawia – pochyliła się nad pożółkłymi katalogami, jakby nagle zapomniała o Barbarze, jej obecności czy wręcz istnieniu. – Nikomu już nie można ufać
– mówiła już chyba bardziej do siebie i do rozłożonych na biurku katalogów – to wszystko zmierza ku przepaści.

          Barbara zdrętwiała. Teraz już nie wiedziała – to świat oszalał, czy tylko ona oszalała. Czy to tylko zbieg dziwacznych okoliczności, czy może to już mania prześladowcza? Owszem – starsi ludzie mają zwyczaj – wiedziała to doskonale – dramatyzowania i wyolbrzymiania zdarzeń, które – z jakiegoś powodu – nie mieszczą się w ich wyobrażeniach o istniejącym świecie. Owszem też – niejednokrotnie spotkała się z twierdzeniem o czasach ostatecznych, zmierzaniu ku końcowi obecnego stanu, czy po prostu zwykłym rozczarowaniu – jak to się często określa – „tymi” czasami. Ale tym ra-zem coś ją poruszyło w tym zdaniu, wypowiedzianym przez starszą kobietę, choć raczej było to bardziej westchnienie niż jakieś wyartykułowane przemyślenia. Tym razem wydało jej się, że to zbieg zbyt niezwykłych okoliczności, okoliczności, których natłok – jak na jeden dzień – był chyba zbyt duży. Powoli odwróciła się w stronę wyjścia, zresztą pani Róża i tak zdawała się jej nie dostrzegać, więc próby uzyskania jakiejś odpowiedzi prawdopodobnie i tak spełzłyby na niczym. Mruknęła rytualne „do zobaczenia” i wyszła. Ubrała kurtkę i naciągnęła głęboko na głowę kaptur, założyła jedyną ocalałą rękawiczkę i przez ciemniejące już ulice poszła do domu, broniąc się jakoś przed smagającym ją wciąż lodowatym wiatrem. Ręka w kieszeni kurczowo ściskała zmiętą kartkę i Barbara przeskakiwała kałuże nieustannie myśląc napisanym na niej zdaniu.

          Było już późne popołudnie i powoli szarówka ogarniała miasto, przez co wydawało się być jeszcze bardziej zimno. Deszcz zacinał w twarz i wpychał się bezczelnie pod kaptur naciągnięty prawie na oczy. Tuż przed samym domem Barbara zdecydowała, że pójdzie do szpitala jeszcze teraz. Wprawdzie kot w domu czekał na karmienie, a i roboty miała papierkowej sporo, jednak coś pchnęło ją do decyzji, aby nie odkładać tego do następnego dnia. Szpital był blisko, ledwie trzy albo cztery przecznice dalej, więc tym łatwiej jej było pobiec tam jeszcze tego dnia. Wmawiała sobie, że być może znajdzie się druga rękawiczka, choć było to niemal nieprawdopodobne, ale w duchu wiedziała doskonale, że wcale nie o rękawiczkę tu chodzi. Nigdy jednak otwarcie nie przyznałaby się przed samą sobą, że tak naprawdę to chciała zrozumieć, jakoś pojąć, albo przynajmniej spróbować ogarnąć to wszystko co się tego dnia wydarzyło. Zmierzała więc szybkim krokiem w stronę szpitala, próbując omijać co większe kałuże i chronić się przed wiatrem i deszczem.

          Z ulgą powitała ciepło wnętrza szpitala. Zsunęła z Glowy kaptur i podeszła do stojącej na środku holu dużej lady, nad którą wisiał duży świecący napis REJESTRACJA/INFORMACJA. Młoda kobieta w białym fartuchu przywitała ją miłym uśmiechem i wyczekującym spojrzeniem. Barbara nie bardzo wiedziała jak zacząć i o co właściwie pytać, więc trochę czasu zajęło jej poskładanie myśli i ułożenie ich w słowa.

          - Dzień dobry – zaczęła – przywieziono tu dzisiaj mężczyznę znalezionego w parku… Chciałabym się dowiedzieć o jego stan..

          - A pani jest kimś z rodziny? – zapytała kobieta i spojrzała na nią jakimś takim dziwnym wzrokiem. – Bo wie pani, nie udzielamy informacji osobom obcym.

          - Tak – kłamała bezczelnie – jestem z rodziny – starała się, aby drżenie jej głosu nie zdradziło jej oszustwa i chyba nawet jej się to udało. Tak przynajmniej sądziła.

          - Proszę poczekać chwilę – kobieta nadal spoglądała na nią szczególnym wzrokiem, ale wstała z krzesła i podeszła do telefonu stojącego kilka metrów dalej. Podniosła słuchawkę, wybrała jakiś numer i chwilę z kimś rozmawiała. Barbara nie słyszała ani słowa, bo kobieta mówiła cicho i właściwie to tylko chyba zamieniła z kimś kilka słów, bo po krótkiej chwili wróciła. – Musiała zajść jakaś pomyłka, nikogo takiego dzisiaj pogotowie nie przywiozło – patrzyła jej głęboko w oczy, spojrzeniem świdrującym i z jakimś dziwnym wyrazem w oczach. – Musiała pani otrzymać złe informacje.

          - Jak to? – osłupiała – ratownicy mówili, że wiozą go tutaj. Proszę sprawdzić jeszcze raz.

          - Powtarzam, nikogo takiego dzisiaj nie przywieziono. Może do innego szpitala, ale do nas nie.

          - Ale przecież tutaj jest najbliżej – nie mogła znaleźć żadnego innego argumentu.

          - Proszę pani, ja tu jestem dzisiaj od rana i dzwoniłam na izbę przyjęć i w kilka jeszcze miejsc. Nikogo takiego dzisiaj nie przywieziono.

          Nagle dotarło do niej, że kobieta nie mówi prawdy. Może dlatego, że zbyt krótko rozmawiała przez telefon, aby zadzwonić „w kilka jeszcze miejsc”, może miała w spojrzeniu coś, co mówiło jej „kłamie”, a może… Właśnie, może ten szczegół, który nagle dostrzegła za plecami tej kobiety. Była to czerwona rękawiczka, leżąca na półce pod przegródkami, w których znajdowało się mnóstwo małych kartek. Była pewna, że to jej rękawiczka, zbyt dobrze ją znała, a z tej odległości widziała nawet miejsce, które zszyła czarną nitką na środkowym palcu.

          - To w takim razie – zebrała się w sobie, żeby to co powie zabrzmiało wystarczająco dobitnie – skąd się tu wzięła moja rękawiczka, którą rano zgubiłam?

          - Jaka rękawiczka? – kobieta robiła wrażenie lekko zdezorientowanej.

          - Ta – Barbara wskazała ręką i z kieszeni wyjęła drugą – proszę sprawdzić czy są do pary. Z tryumfem w oczach położyła rękawiczkę na ladzie i wpatrywała się w swoją rozmówczynię oczekując jej reakcji. Była pewna, że wreszcie ta układanka bezsensów zacznie się składać w coś logicznego, miała przecież namacalny dowód i teraz już nikt nie mógł ani zaprzeczyć, ani jej oszukiwać, ani nawet próbować wmawiać jej czegokolwiek. Kobieta wzięła z półki rękawiczkę, położyła obok drugiej, chwilę przyglądała się obu, a później podniosła wzrok na Barbarę.

          - Tak, ma pani rację – w jej wzroku i w tonie jej głosu nie było nic, żadnego wyrazy, żadnej emocji, po prostu stwierdziła istniejący fakt – to rzeczywiście rękawiczka z tej samej pary. Jeśli należy do pani, to proszę bardzo, może pani zabrać. Do widzenia
– odwróciła się, wyraźnie dając do zrozumienia, że rozmowę uznaje za zakończoną.

           Tego się nie spodziewała. Stała bez ruchu i bezsensownie wpatrywała się w plecy kobiety, która potraktowała ją jak smarkacza. Nie miała pojęcia co należy w takiej sytuacji zrobić – czy wszcząć awanturę, czy iść do domu – wszak odzyskała swoją zgubę – czy może próbować jeszcze raz, od początku, może w inny sposób wydobyć jakieś informacje. Szukała słów, których mogłaby użyć, ale żadne rozsądne nie przychodziło jej do skołatanej głowy. Szukała pomysłu – sama już nie wiedziała – na zakończenie tej dziwacznej sytuacji i wyjście z twarzą, czy może na kolejny atak, a może po prostu nie dopuszczała do siebie myśli, że przegrywa się tak banalnie i w taki sposób, może nie chciała (nie mogła?) uwierzyć, że jej doświadczenie życiowe i wrodzony spryt (wiedziała doskonale o jego istnieniu) zderzyły się ze ścianą niemożności i niekonwencjonalnego chwytu, za pomocą którego została pokonana.

          - Mogę pani jeszcze w czymś pomóc? – kobieta za ladą zdawała się zauważyć właśnie, że Barbara wciąż stoi ze śmieszną, jak sądziła, miną. Tym razem w jej wzroku była nuta lodowatego tryumfu.

          - Pani kłamie – Barbara sama nie wierzyła, że mówi to tak spokojnie.

          - A pani nie jest nikim z rodziny – tym razem w jej spojrzeniu dostrzegła ostrzeżenie.

          Z premedytacją przedłużała do granic możliwości czas spoglądania głęboko w oczy swej rozmówczyni. Wiedziała już, że to klęska, ale nie chciała dać do zrozumienia, że się poddaje. Zależało jej na tym, żeby wyraźnie było widać, że nie ucieknie z podkulonym ogonem, że to jeszcze nie jest koniec, że nie poddaje się tak łatwo, że jej ambicja została zraniona, że – może ranna – ale wciąż jest gotowa do walki. Kobieta też nie opuszczała wzroku. Spoglądały na siebie niczym dwaj bokserzy w ringu, kiedy przed walką próbują wpierw osłabić morale przeciwnika, a później poczekać na wyprowadzenie śmiertelnego ciosu. Przegrywała, wyraźnie przegrywała, bo kobieta w białym fartuchu miała nad nią nie tylko przewagę własnego terytorium i prawdopodobnego wsparcia w odwodzie, ale po prostu to ona, a nie Barbara trzymała w dłoni wszystkie karty. Nie odwracała też wzroku, w którym wyraźnie, bardzo wyraźnie widać było, że próba kolejnego natarcia będzie z góry skazana na klęskę. Barbara gorączkowo szukała sposobu na wycofanie się z twarzą, ale żaden rozsądny pomysł (poza próbą magicznego zniknięcia) nie przychodził jej do głowy. Dźwięk SMSa powitała zatem niczym zbawienie i wyjmując z kieszeni telefon jeszcze ułamek sekundy patrzyła głęboko w oczy kobiety za ladą, później dopiero powoli odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia, demonstracyjnie trzymając w dłoni telefon, żeby nikomu, NIKOMU!!! broń Boże nie przyszło do głowy pomyśleć, że ucieka. SMS był nadany z bramki internetowej i miał treść: ON NIE ŻYJE, NIE PRZYCHODŹ TU WIĘCEJ.

ROZDZIAŁ III

          Świat, na który spoglądał był ciepły i słoneczny. Nie przypominał sobie (choć słowo „przypominał” było kompletnie nie na miejscu), żeby kiedykolwiek widział coś tak bezsensownie sielskiego. Pejzaż, pejzażyk raczej, pełen słońca, wierzb na łące i przymglonego lekko nieba jakby o zachodzie, czasem jakiś przelatujący ptak… Gdyby nie wiedział, że patrzy w monitor, mógłby pomyśleć, że to widok z okna gdzieś na wsi. Jednak wiedział. Była to jedna z trzech rzeczy jakie wiedział na pewno, oprócz tego, że wiedział doskonale, że nie wie nic o sobie oraz tego, że nie wiedział dlaczego jest w tym dziwnym miejscu, które coraz mniej przypominało szpital. Stał oparty o ścianę i beznadziejnie wpatrywał się w okno, które nie było oknem w sali szpitala, który nie był szpitalem, słysząc przez uchylone drzwi głos pielęgniarki, która pewnie też nie była pielęgniarką. Nie miał pojęcia jaka jest pora dnia (nocy?), jaki jest dzień i ile czasu tak naprawdę w tym miejscu przebywa. Kiedy otworzył oczy, zdawało mu się, że minął szmat czasu od momentu, kiedy zastrzyk zanurzył go w nicość, ale nie mógł być pewien niczego, bo nikt nie odpowiadał na jego pytania – ani lekarz, ani pielęgniarka – kimkolwiek by byli. Zastanawiające było również, że to był ten sam, nazwijmy go, lekarz i ta sama, nazwijmy ją, pielęgniarka i jego poczucie bezczasu pogłębiało się wciąż, bo nie wiedział, czy minęło tyle czasu, że następny dyżur przyszedł, czy tam tylko te dwie osoby w ogóle istnieją (tam i w ogóle, bo przecież od jakiegoś czasu nie widział żadnej innej żywej duszy). Wszystko to zatem składało się na niepokojąco dziwną i przerażająco niezrozumiałą układankę, która nie tylko nie miała sensu, ale także – a może przede wszystkim – nie miała prawdopodobnie logicznego rozwiązania.

          Usłyszał jakiś ruch za plecami i odwrócił się. W drzwiach stał mężczyzna ubrany w ciemny garnitur, który na piersi – od razu zwrócił na to uwagę – jakoś dziwnie źle się układał, śnieżnobiałą koszulę i czarny krawat. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, a głos, którym się odezwał był niski i jakiś niezrozumiale zmęczony, ale nie znoszący sprzeciwu.

          - Proszę ze mną – powiedział, odwrócił się i od razu wyszedł, jakby nie wyobrażał sobie, że można nie posłuchać tego polecenia.

          Człapiąc szpitalnymi kapciami i nie wiedząc co zrobić z rękami, bo szpitalna piżama nie miała nawet kieszeni, ruszył za mężczyzną. Jedyna myśl jaka przebiegła mu przez głowę, to że nie dowie się niczego odmawiając wykonania takich prostych poleceń, natomiast – być może – za drzwiami czekają na niego jakieś, jakiekolwiek, choćby szczątkowe informacje. Tych właśnie informacji pożądał najbardziej i bez wahania wyszedł na korytarz, a następnie potulnie wszedł do pomieszczenia, które wskazał mu stojący w otwartych drzwiach mężczyzna w garniturze. Był pewien, że było to jedno z tych pomieszczeń, które odwiedził podczas nocnej eskapady (o ile była nocna, bo wtedy po prostu było ciemno), ale tym razem stało tam biurko i dwa krzesła po obu jego stronach. Zauważył też, że teraz jest tu okno (albo cokolwiek to było), którego – był pewien – ostatnio też nie było. Oparty o ścianę stał inny mężczyzna, który – z racji ubioru i wyrazu twarzy – mógł być kopią tego, który go tu przyprowadził. Ten zaś usiadł na krześle po jednej stronie biurka i ręką wskazał drugie.

          - Proszę usiąść – nadal w jego głosie brzmiał rozkazujący ton, choć polecenie miało formę zaproszenia, a nie polecenia, a kiedy zajął miejsce, mężczyzna mówił dalej.
– Przyznam, że mamy z panem niemały kłopot – zawiesił głos na tyle, że można było wbić się w jego wypowiedź.

          - My…. To znaczy kto? Nie przedstawił się pan dotąd – odpowiedział.

          - Pan też, ale w sumie to nawet trochę zrozumiałe… O ile nie jest pan zwykłym kłamczuchem, który robi teatr pod tytułem „nie wiem kim jestem”, ale…. Chyba nie ma aż tak dobrych aktorów, sądząc po tym, co o panu wiemy.

          - A co wiecie? – jakaś nadzieja wstąpiła w niego, ale mężczyzna szybko ją spłoszył.

          - Właśnie dokładnie nic – mężczyzna pochylił się i oparł łokcie o blat biurka, jednocześnie głęboko wpatrując się w jego oczy i wtedy pierwszy raz dostrzegł w nich jakiś wyraz. Była to iskierka jakiegoś zaciekawienia, graniczącego z kłopotliwym niezrozumieniem. – Pan nie istnieje. Nie ma w żadnej bazie pana odcisków palców, co znaczy, że nigdy nie miał pan paszportu, nie ma w żadnej bazie pana DNA, co więcej
– chyba nie ma pan żadnej rodziny, bo nie ma tam też nikogo, kogo by można podejrzewać o pokrewieństwo z panem. Pana rysopis i zdjęcie nie pasuje do nikogo, kto byłby zaginiony, poszukiwany, czy cokolwiek… Powiem to w ten sposób: nie ma pana tak bardzo, że obawiamy się, że wkrótce ktoś się o pana upomni. Zabrzmiało to tyleż dziwacznie, co złowrogo, tyleż niezrozumiale, co przerażająco. Kiedy wybrzmiały ostatnie słowa, zawisła jakaś dziwnie gęsta cisza, która wydawała się niemal lepka w swojej wymowności, choć tej wymowy nie sposób było pojąć. Jeśli spodziewał się dowiedzieć się o sobie choć odrobinę więcej, to w tym właśnie momencie wiedział dokładnie tę odrobinę mniej niż dotąd, o ile to w ogóle było jeszcze możliwe.

          - To znaczy… Kogo ma pan na myśli – odezwał się, kiedy wreszcie mógł już wydobyć z siebie głos.

          - Tego nie wiem – odpowiedział i oparł się na krześle, zakładając ręce za kark, co jeszcze bardziej uwydatniło dziwne ułożenie marynarki na piersiach.

          - Ale dlaczego mnie tu więzicie?

Ciąg dalszy nastąpi ...

Zaproszenie do współpracy

Zapraszamy do współtworzenia naszej gazety przez bieszczadzkich poetów, pisarzy, fotografów, rzeźbiarzy, malarzy i innych artystów. Na naszej stronie możecie pochwalić się swoją twórczością oraz ją zapromować. Bardzo chętnie będziemy udostępniać łamy naszej gazety młodym, debiutującym artystom aby mogli zaprezentować się szerszej publiczności.
Serdecznie zapraszamy do współpracy. Zainteresowanych naszą ofertą prosimy o kontakt : tel- 883 018 180, e-mail- redakcja@zaslyszane-w-bieszczadach.pl
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 1207311
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem