fot.Jacek Piecuch

PUNKTY PRZECIĘCIA - odcinek dwunasty Jacek Piecuch- 29.10.2020r.

           -Po pierwsze – odezwał się sierżant spokojnym tonem – nie przedstawił się pan, a ma pan taki obowiązek. Po drugie, nie bardzo mnie interesuje mnie pana nazwisko, a stopień widzę. Po trzecie zaś… proponuję, żebyście zabrali się stąd jak najszybciej i przekazali swoim przełożonym, że niczego tu nie ma, tak będzie lepiej dla was i dla nich.

          - Sam wiem co mamy zrobić – policjant nie dawał za wygraną.

          - Ech… z wami tak zawsze – sierżant westchnął jakoś ciężko.

          Wolnym krokiem podszedł do stojących obok siebie żołnierzy żandarmerii. Kiwnął głową i obaj pochylili się do niego. Szepnął im coś, czego nie było słychać, po czym zdjął rękawiczkę i na oczach osłupiałych wyraźnie policjantów uścisnął rękę jednemu, a potem drugiemu żandarmowi. I wtedy stała się rzecz niesłychana. Wyższy z żandarmów pochylił się do ucha sierżanta, szepnął mu coś i obaj się roześmiali perlistym rechotem. Później odwrócił się w stronę policjantów i podniósł do góry rękę z wyprostowanym środkowym palcem. Zwrócił się na powrót do sierżanta i klepnął go w ramię.

          - Gratulacje – powiedział i znów spojrzał na policjantów – bawcie się dobrze – powiedział ze śmiechem i obaj wsiedli do samochodu i odjechali.

          Policjanci stali z osłupieniem i patrzyli za oddalającym się samochodem. Wyraźnie widać było w ich twarzach, że przestali rozumieć cokolwiek z tej sytuacji i kompletnie nie mieli pojęcia ani jak się zachować, ani co robić dalej.

          - Panowie jeszcze na coś czekają? – sierżant miał w głosie rozbawienie, niemal drwinę – nie chciałbym być niegrzeczny, ale… – spojrzał na nich wymownie, a potem po prostu wraz ze swoimi ludźmi wszedł z powrotem do środka budynku, a za nimi cicho zamknęły się drzwi.

          Policjanci stali jeszcze chwilę osłupiali, a potem jeden z nich wyjął z kieszeni telefon, odwrócił się i poszedł w stronę radiowozu i nie mogli już usłyszeć o czym rozmawiał. Później schował telefon i zwrócił się w stronę pozostałych.

          - Nic tu po nas – powiedział wściekłym głosem, po czym wszyscy wsiedli w swoje samochody i odjechali.

          W „centrum dowodzenia” napięcie opadło. Mimo zapewnień pułkownika, że nic się nie wydarzy, Barbara wpatrywała się w monitor z niepokojem i dopiero kiedy sierżant z towarzyszącymi mu żołnierzami wszedł do pomieszczenia, przestała się denerwować. Przynajmniej z tego jednego powodu odeszło napięcie, choć z niecierpliwością czekała na dalszy ciąg opowieści.

          - Co mu powiedziałeś? – zapytał pułkownik, kiedy sierżant pozbył się całego bojowego ekwipunku.

          - W sumie nic takiego ważnego, panie pułkowniku.

          - Mów!

          - Powiedziałem mu „cześć Badyl” i że pan się znalazł. To mój kolega, razem wstąpiliśmy do armii, ale nasze drogi trochę się rozeszły. Ale kiedy pana szukaliśmy, wiedziałem, że mogę go w tajemnicy zapytać czy czasem czegoś nie wie i byłem pewien jego dyskrecji.

          - No dobra – pułkownik nie robił wrażenia zdenerwowanego – ale to nie było najrozsądniejsze.

          - Wiem, panie pułkowniku, ale to pewny człowiek i nie sprawi nam kłopotów.

          - Jesteś pewien? Przysłali go tu przełożeni i musi im złożyć raport.

          - To oczywiste. Ale pan zna procedury, ja znam procedury i on też zna świetnie procedury. Zamelduje, że jesteśmy poza jego jurysdykcją.

          - Ale policja oczywiście tu wróci – Barbara wciąż czuła lekki niepokój – oni nie odpuszczają tak łatwo.

          - Oczywiście, że wróci – pułkownik był najwyraźniej całkowicie spokojny – i wtedy okaże się definitywnie, czy tylko nadgryzione ambicje tu działają, czy rzeczywiście jest coś poważniejszego na rzeczy.

          - A co może być „na rzeczy”? – zapytała Monika – przecież chyba nie jesteś jakimś szpiegiem czy coś..?

          - Tego nie wiem – odpowiedział pułkownik – ale są jeszcze inne służby, które mogą mieć do mnie… hmmmmm… pytania…

          - Pytania o PTSD? – Barbara nie wytrzymała – Od tego są lekarze, a nie służby…

          Zapadła cisza. Nagle okazało się, że niewypowiedziane dotąd, zabrzmiało jakoś brutalnie i świszcząco w powietrzu. Nagle okazało się, że skrót jednostki chorobowej, choć wisiał w przestrzeni, dotąd nienazwany, niespodziewanie stał się niezwykle trudnym do przebrnięcia murem, niesłychanie gorzkim i piekącym kęsem rzeczywistości, niewyobrażalnie złym kawałkiem istnienia.

          - O czym ty mówisz? – głos Moniki był lodowaty.

          - Ona jedna wie o czym mówi – zabrzmiał głos pułkownika i był taki, jakby dobiegał gdzieś z wnętrza jego strachu. – Wracajmy do dziupli – wszyscy wiedzieli, że miał na myśli pomieszczenie dźwiękoszczelne, ale nikt wcześniej nie pomyślał, aby tak je nazwać.

           Chwilę później siedzieli znów w zamkniętym pomieszczeniu, ale coś się nagle zmieniło. Coś zawisło w powietrzu między nimi, Monika patrzyła na pułkownika wzrokiem, w którym było pomieszanie współczucia, bólu, zrozumienia i czegoś jeszcze, czego Barbara nie mogła jednoznacznie zdefiniować, a co było chyba najbardziej właśnie widoczne. Zmieniła się też twarz pułkownika, jakby świadomość wiedzy jego rozmówców spowodowała jakąś ulgę, jakieś uspokojenie, ale też jednocześnie zwaliło na niego jakiś ciężar, którego niełatwo będzie się pozbyć.

           - Spróbuję dokończyć – odezwał się cicho – spróbuję zdążyć dokończyć, zanim szaleństwo powróci… Bo że powróci, to wszyscy doskonale wiemy…

          - Przestań! – Monika miała nadal metalicznie lodowaty głos – nie pozwolę…

          - Mogłabyś – przerwał jej pułkownik – mogłabyś raz w życiu się ze mną nie sprzeczać? Będziesz miała na to czas, kiedy skończę, ok.?

          Nie odezwała się. Nikt się nie odezwał. Cisza zapadła jakaś gęsta niemal i prawie namacalna. Coraz cięższa i prawie widoczna.

          - Wylądowaliśmy zgodnie z planem, zgodnie z namiarami, tuż po tym, jak kilka kilometrów dalej umilkła kanonada artyleryjska. Okazało się, że rzeczywiście była tam wioska, choć trudno nazwać wioską kilka zlepionych z gliny i wapna budynków. Miejsce było dla nas dobre, bo kilka sporych wydm oddzielało nas od niej i mogliśmy bezpiecznie, niewidzialni, obserwować co się w niej dzieje. Nie przewidzieliśmy… Nie przewidziałem tylko jednego…

     ROZDZIAŁ XI

          Piasek był wszędzie. Dostawał się w każde miejsce, mimo najszczelniejszych mundurów i owijających twarze chustek. Zgrzytał między zębami i parzył dłonie. Wczesnopopołudniowe słońce piekło niemiłosiernie w głowy schowane pod hełmami i plecy pod mundurowymi kurtkami. Byli do tego przyzwyczajeni i nikt nawet nie zwracał na to zbytniej uwagi, choć każdemu z nich mocno to doskwierało. Tkwili niemal bez ruchu w piasku za wydmami, w miejscu chyba zapomnianym przez Boga i ludzi. Świadomość, że mają przed sobą popołudnie i noc na pustyni nie była dla nich wesołą perspektywą, ale przyzwyczajeni do wojny, i wszystkiego co ze sobą niosła, spokojnie czekali na wykonanie zadania. Pułkownik leżał w piachu po środku tyraliery, jaką tworzył jego oddział i przez lornetkę co jakiś czas obserwował ruch w wiosce. Byli praktycznie niewidoczni, niczym szykujące się do ataku dzikie zwierzę, które tkwi w bezruchu tak długo, jak tylko to możliwe, aby z tym większą szansą na skuteczny atak odczekać aż jego ofiara – niczego nie podejrzewając – będzie najłatwiejszym celem.

          - Uwaga, mówi dowódca – cicho odezwał się do mikrofonu, który spod hełmu sterczał tuż przy jego ustach – cel przybędzie najprawdopodobniej jutro. Do tego czasu odpoczywać na zmianę, ale spać z otwartymi oczami. Nigdy nie wiadomo co i kogo diabli przyniosą.

            Poczekał na potwierdzenie od swoich żołnierzy i przekręcił gałkę w radiotelefonie.

          - Śmigło jeden, śmigło dwa, słychać mnie?

          Załogi helikopterów zameldowały się jedna po drugiej, potwierdzając działanie łączności. Uspokojony podniósł głowę i po raz kolejny spojrzał przez lornetkę w stronę wioski. Nie zauważył niczego niezwykłego. Była to zwykła maleńka wieś zagubiona gdzieś na środku pustyni, której mieszkańcy w południową porę nie wychodzili prawie z domów. Zauważył kilku ludzi, którzy prawdopodobnie byli obcy w tym miejscu. Byli ubrani w czarne, przypominające mundury ubrania, które dobrze znał z długich miesięcy spędzonych na tej wojnie. Wyróżniało to ich od mieszkańców, którzy tutejszym zwyczajem nosili białe choć brudne, długie chałaty. Ci obcy mieli broń i to potwierdzało prawdopodobieństwo jakiegoś znaczenia tej wioski dla terrorystów. Podejrzewał, że jest to jakiś punkt przerzutowy, może magazyn uzbrojenia, a może coś całkiem innego, czego mógł się nawet nie domyślać. Na dachu jednego z budynków dostrzegł antenę satelitarną. Domyślił się, że muszą mieć gdzieś agregat prądotwórczy, bo wioska raczej nie miała zasilania elektrycznego. Miedzy budynkami, w okolicach stojącej w środku wsi studni zobaczył zagrodę, w której znajdowało się kilka kóz. Opuścił dłonie z lornetką i wytarł twarz z potu wyjętą z kieszeni chustką. Znów pomyślał o kimś, do kogo należała i zacisnął zęby w niemym grymasie. I właśnie wtedy usłyszał głos w słuchawce.

          - Śmigło jeden do dowódcy.

          - Melduj – odpowiedział do mikrofonu.

          - Przed chwilą minęły nas dwa pikapy, jeden miał ciężki karabin na pace. Musieli nas widzieć, bo mocno przyspieszyli. Jadą w waszą stronę.

          - Jasny szlag..! – zaklął pod nosem – przyjąłem, bądźcie w gotowości do startu.

          - Tak jest! W gotowości! Grzejemy maszyny!

           Był zły. Wręcz wściekły. Nie tak to miało wyglądać. Miała to być łatwa akcja, która w największej mierze opierać się miała na zaskoczeniu. Wiedział doskonale, że ma ledwie kilka minut na podjęcie decyzji i opracowanie nowego planu. Spojrzał znów przez lornetkę w stronę wioski. Dzielił ich od niej dystans około 300 metrów. Bieg w pełnym rynsztunku to musiało być dla jego żołnierzy ze trzy minuty i nie było szans, aby nie zostali zauważeni. Przekręcił gałkę radiotelefonu.

           - Dowódca do wszystkich! Alarm bojowy!

          Rozejrzał się w obie swoje strony i zobaczył, że jego ludzie w jednej chwili wszyscy leżeli płasko na pustynnym piasku z bronią gotową do ataku. Każdy, kto zdążył zdjęć wcześniej hełm już z powrotem miał go głowie.

          - Sierżancie! Bierzesz sześciu ludzi i biegiem w stronę południowego zachodu! Macie zatrzymać i unieszkodliwić dwa nadjeżdżające pikapy! Uwaga, jeden ma CKM na pace! Postarajcie się wziąć żywych tych, którzy nie siedzą za kierownicą, zrozumiałeś?

           - Tak jest! – usłyszał w słuchawce i po kilku sekundach zobaczył siedmiu ludzi, którzy oderwawszy się od piasku pobiegło w stronę zniszczonej drogi, prowadzącej do wioski.

          - Reszta na mój znak przełazi czołganiem przez wydmę! Podchodzimy jak najbliżej, żeby zdjąć wartowników, czy kim tam oni są, pewnym jednym strzałem! Są ubrani na czarno i mają kałasznikowy. Strzelać na mój rozkaz! Uważać na cywilów! Meldować po kolei czy zrozumieliście!

          Odczekał minutę, przyjął meldunki wszystkich żołnierzy. Znów przekręcił gałkę radiotelefonu.

          - Śmigło jeden, śmigło dwa! Startujcie! Wesprzecie drużynę na drodze! Nie rozwalać mi rakietami samochodów! Mamy wziąć żywych, jasne?!

          - Śmigło jeden – usłyszał w słuchawce – zrozumiałem, startuję.

          - Śmigło dwa – zameldował się drugi helikopter – zrozumiałem, startuję.

          Znów przełączył zakres radiotelefonu i zaczął się wsłuchiwać w wiatr wiejący przez pustynię, wzniecający co chwilę kłęby piasku. Przez chwilę słyszał tylko jego świst i przez ułamek sekundy zastanawiał się czy jest w stanie usłyszeć coś jeszcze, ale za moment do jego uszu zaczął docierać cichy z początku, ale wzmagający się odgłos silników samochodów. Wiedział, że w wiosce usłyszą to nieco później niż oni, bo zasłaniała ich wydma, a wiatr hulający między budynkami dodatkowo był tym razem ich sprzymierzeńcem. Niemal jednocześnie dotarły do niego odgłosy strzałów i silników helikopterów. Musiał wierzyć, że sierżant ze swoimi ludźmi poradzi sobie ze swoim zadaniem.

          - Dowódca do wszystkich! – cicho krzyknął w mikrofon – ruszamy!

          Kilkunastu ludzi niemal jednocześnie zaczęło z mozołem przeczołgiwać się przez wydmę. Nie było to łatwe. Piasek pchał się pod hełmy, pod ubrania, właził w oczy i w usta mimo szczelnie z pozoru zakrywających je chust. Pułkownik nie odrywał wzroku od ludzi, poruszających się po wiosce mimo wszędobylskiego piasku i dostrzegł moment, kiedy usłyszeli strzały dochodzące od strony drogi. Nagle rozbiegli się we wszystkich kierunkach i również w tym samym momencie zobaczyli jego oddział. Otworzyli ogień. Słyszał kule świszczące koło jego głowy. Przywarł do piasku, i przyłożył karabin do ramienia. Przez optyczny celownik widział człowieka ubranego na czarno, który mie-rzył z kałasznikowa dokładnie w jego stronę. Był szybszy. Jeden strzał i człowiek padł jak rażony piorunem.

          - Ognia! – krzyknął do mikrofony – i biegiem!

          Rozległy się strzały i ludzie w wiosce padali jeden po drugim. Żołnierze poderwali się z piasku i po dwóch minutach byli między zabudowaniami. Pułkownik usłyszał ryk nadlatujących śmigłowców, które zagłuszyły silniki samochodów, które niemal jednocześnie z nimi wjechały do wsi. Dostrzegł, że za kierownicą jednego i drugiego pikapa siedzieli jego żołnierze, a pozostali z tyłu, na pace, mierząc z karabinów do siedzących tam ubranych na czarno ludzi. Wiedział już, że sierżant ze swoim oddziałem sprawił się należycie.

          - Sprawdzić każdy budynek! – krzyknął do swoich ludzi już nie za pośrednictwem radia, bo wszyscy doskonale go słyszeli – brać mi żywych! I uważać na cywilów!

           Kiedy helikoptery powoli siadały nieopodal lepianek, dostrzegł nagle ruch za zagrodą z kozami. Błyskawicznie przyklęknął. Dwa strzały i napastnik leżał na piachu. Żołnierze sprawdzili zabitych i budynek po budynku sprawdzali czy ktoś jeszcze tam nie został. Krzykiem i poszturchiwaniami wypędzali wszystkich na zewnątrz, sprawdzając każdego po kolei czy nie ma przy sobie broni lub innych niebezpiecznych przedmiotów. Byli to już sami wieśniacy. Kilku starców i kilka kobiet, kilkoro dzieci.

          - Koniec akcji! – zawołał – zebrać wszystkich na środku! Zgonić mi z samochodów jeńców, skrępować, pilnować! – opuścił broń i czuł jak powoli, bardzo powoli opada napięcie, które jak zawsze w czasie każdej potyczki opanowało go całego. Policzył szybko swoich ludzi i odetchnął z ulgą, bo znów udało mu się żadnego z nich nie stracić i właśnie wtedy usłyszał strzał dobiegający z budynku znajdującego się nieco na uboczu na końcu wioski.

          Zbyt długo był na wojnie, żeby nie wiedzieć, że to był strzał z pistoletu. Zaskoczyło go to nieco, bo rzadko widywał terrorystów z krótką bronią, ale też zbyt długo był już na tej wojnie, żeby dziwić się czemukolwiek. Te analizy zajęły mu zaledwie ułamki sekundy, kiedy biegł już w stronę, z której dobiegł odgłos strzału z karabinem znów gotowym do walki. Usłyszał jak sierżant wydał rozkaz pilnowania jeńców i kątem oka dostrzegł, że biegnie za nim.

          - Zostań! Pilnuj! – krzyknął do niego.

          - Odmawiam! – odkrzyknął sierżant i było w jego głosie coś, co uświadomił sobie dopiero znacznie później.

          - Dobra, ubezpieczaj!

         Przypadli plecami do ściany budynku z obu stron wejścia. Przez mgnienie patrzyli sobie w oczy i było w tym spojrzeniu coś, co rozumieli obaj, co powstało po miesiącach wspólnej służby. Nie musiał wydawać rozkazów, sierżant doskonale wiedział co ma robić. Jeszcze dwie sekundy i pułkownik wpadł do środka, przywierając do ściany. Wiedział, choć nie mógł tego widzieć, że sierżant jest tuż za jego plecami, ale na zewnątrz. Wewnątrz panował półmrok, ale oczy szybko się do niego przyzwyczaiły. Zobaczył trzy osoby. W sekundę przeanalizował sytuację. Tuż przy wejściu leżał męż-czyzna w czarnym ubraniu, który krwawił i jęczał. W głębi dostrzegł jeszcze dwoje ludzi – mężczyznę ubranego w coś, co do złudzenia przypominało resztki takiego samego munduru jaki on sam miał na sobie i kobietę, która w tym momencie odwróciła się w jego stronę z pistoletem w wyciągniętych przed siebie rękach. Jej widok sprawił, że ten zaprawiony w wojnie mężczyzna poczuł ściśnięcie gardła i wilgoć na dłoniach ściskających broń. Opuścił karabin. Gardło puściło, już mógł wydobyć z siebie słowa.

          - Niech cię szlag, Monika..! Prędzej bym się tu samego diabła spodziewał niż ciebie…

          - Pułkowniku..! – krzyknęła, a raczej jęknęła głosem tak bardzo znajomym, że znów poczuł przez ułamek sekundy dławienie w gardle.

          Opuściła ręce z pistoletem i chyba straciła przytomność, zaczęła słaniać się na nogach. Upadłaby, gdyby stojący obok niej mężczyzna nie podtrzymał jej. Uklęknął i położył jej głowę na swoich kolanach. Było w tym geście, w tym jego pochyleniu się nad nią coś tak ciepłego i pełnego dobroci, że przez głowę pułkownika przebiegła myśl, która wydawała się tak niewiarygodna, że niemal niemożliwa.

          - Do mnie! – krzyknął pułkownik, odłożył karabin i uklęknął tuż obok jej głowy.

          Sierżant wpadł do środka z karabinem gotowym do strzału. Na widok tego co ujrzał opuścił broń, podszedł do klęczącego pułkownika i kucnął obok niego.

          - Nie wierzę… – w jego głosie było tyleż zdziwienia ile jakiejś dzikiej radości – panie pułkowniku! To jest..!

          - Wiem kto to jest – przerwał mu – zajmij się tym pod ścianą, choć chyba ta młoda dama wykonała za nas część roboty.

          - Tak jest – wstał i podszedł do leżącego mężczyzny, który jęczał coraz ciszej.

          – Wyliże się z tego, ale nieprędko – sprawdził czy nie ma broni i wrócił do klęczącego nad kobietą pułkownika.

          - Panowie… Panowie mówicie po polsku – odezwał się pierwszy raz mężczyzna, który trzymał na kolanach głowę nieprzytomnej wciąż kobiety.

          - Ano tak, po polsku – powiedział pułkownik – a sądząc po tym, że pan też, to pewnie ta wariatka dopięła swego…

          - Nie wiem… Nie wiem… Wciąż niewiele wiem…

          - Sama panu opowie wszystko, jak już odzyska przytomność. Ze szczegółami, o ile ją znam…

          - Zna ją pan?

         - Można tak powiedzieć… W dużym uproszczeniu… O proszę, już wraca – pochylił się nad kobietą, która właśnie otworzyła oczy. – Ile razy jeszcze popsujesz mi plany?

          - To się więcej nie powtórzy – powiedziała słabym głosem.

          - Tego akurat jestem pewien – odpowiedział i w jego głosie po raz pierwszy od bardzo dawna zabrzmiało coś na kształt lekkiego uśmiechu. – Powiem tak, tym razem nie popsułaś planów, ale nie przypuszczałem, że coś jeszcze będzie w stanie tak bardzo mnie zaskoczyć.

          - Monika… – odezwał się mężczyzna, który wciąż trzymał jej głowę na kolanach i głaskał jej włosy – wróciłaś… I ja też wracam…

          - Tato – powiedziała to takim tonem, jakby rozsmakowywała się w tym słowie, jakby pierwszy raz mówiła to z jakimś specjalnym sensem – wiesz kim jestem?

          - Wiem, córeczko… Już wiele wiem, choć sporo będziesz mi musiała jeszcze opowiedzieć.

          Powoli podniosła się i usiadła. W jej oczach było wciąż niezrozumienie, niepojęcie, jakby wciąż nie wierzyła w to co wydarzyło się ledwie kilka minut wcześniej.

          - Wciąż nie mogę uwierzyć – w jej głosie wciąż słychać było drżenie. – Przepraszam, że zemdlałam.

          - Teraz możesz już z powrotem być słabą kobietą. Już wszystko będzie dobrze – nie poznawał swojego głosu.

          - Postarzał się pan, pułkowniku… A może już generale?

          - Zbyt pyskaty jestem na awans – roześmiał się, pierwszy raz od bardzo dawna szczerze i głośno się roześmiał – Postarzałem się? Bo próbuję być miły?

          - Całkiem nieźle to panu wychodzi, całkiem nieźle…

          - Ty za to bezczelna jak zawsze…

          Zbieramy się, czas nas goni. Pomógł jej wstać. Wyszli przed budynek, wprost na oślepiające słońce. Upał wczesnopopołudniowego pustynnego dnia uderzył w ich twarze. Prowadził ją pod rękę w stronę śmigłowca, a jego żołnierze – wyraźnie ją rozpoznając – pogwizdywali z podziwem, rozległy się nawet pojedyncze oklaski. Zatrzymali się w połowie drogi. Rozejrzała się i na dłużej zatrzymała wzrok na siedzącym na środku wsi, skrępowanym człowiekiem. Patrzyła na niego i we wzroku miała zło, którego pułkownik nigdy wcześniej nie widział. Domyślił się, że musiała go znać i że nie była to dla niej miła znajomość. Nie pytał o nic. Ruszyli dalej i pomógł jej wsiąść do helikoptera. Mężczyzna, który jej towarzyszył usiadł obok niej i wciąż wpatrywał się w jej twarz w taki sposób, jakby widział ją pierwszy raz od bardzo bardzo dawna.

          - To chyba twoja własność – pułkownik wyjął z kieszeni kraciastą chustkę i podaj jej.

          - Moja chustka… zgubiłam ją wtedy w namiocie.

          - Nie, nie w namiocie, na pustyni, wtedy kiedy… kiedy wiesz…

          - Może – uśmiechnęła się – dziękuję, że ją pan przechował.

          - Przechowałem… Cieszę się, że żyjesz, naprawdę. Gdybym kiedyś miał się ożenić, co oczywiście jest niemożliwe, to moja żona powinna być taka jak ty.

          - Zabrzmiało to jak oświadczyny, pułkowniku – prawie się roześmiała – ale raczej pozabijalibyśmy się.

          - Lecicie do szpitala – puścił mimo uszu jej słowa.

          - Nie trzeba nam szpitala – próbowała się stawiać.

          - Tu ja wydaję rozkazy, moja panno. Odwiedzę was.

          - Będę czekać.

          - Do zobaczenia w takim razie, muszę wracać do swojej roboty.

          - Rozumiem i… dziękuję… dziękujemy… Nigdy panu tego nie zapomnę…

          - Dość! – na powrót przybrał maskę gburowatego żołdaka – startujecie za 5 minut.

          Odwrócił się i wolnym krokiem poszedł do swoich ludzi. Nie chciał, żeby widziała, że uśmiechał się pod nosem, nie chciał, żeby choć na chwilę pomyślała, że ma w sobie coś innego niż bycie twardym facetem. Ale tak – było coś, czego nigdy wcześniej w sobie nawet nie podejrzewał, coś, co niespodziewanie dla niego samego było jakąś zwykłą ludzką radością, zwykłym ludzkim… szczęściem?

          - Sierżancie, do mnie! – zawołał, kiedy już w miarę opanował emocje i przybrał normalną dla siebie maskę dowódcy.

          - Melduję się, panie pułkowniku! – sierżant podbiegł do niego i w oczach miał coś zupełnie innego niż w wyrazie twarzy, na której nie było nic poza zależnością służbową.

          - Z czego się cieszysz? – pułkownik zmarszczył czoło.

          - Melduję, że się nie cieszę, panie pułkowniku.

          - Jak ty mnie wkurzasz czasami… Po pierwsze nie wykonałeś rozkazu.

          - Tak jest, panie pułkowniku, ale…

          - Nie ma żadnego „ale” – warknął na niego – zastanowię się jak to rozwiązać. Rozkaz to jest rozkaz i jego niewykonanie w warunkach bojowych jest zagrożeniem nie tylko dla ciebie, ale dla pozostałych i dla powodzenia misji. A ty masz w dupie rozkazy…

          - Melduję, że nie, panie pułkowniku.

          - Nie przerywaj mi – starał się jak mógł, żeby jego głos brzmiał groźnie i dosadnie – przemyślę jeszcze co z tobą zrobić. Po drugie, łącznościowiec ma wezwać transportery na jeńców. Powinny tu dotrzeć w ciągu dwóch godzin.

          - Tak jest, panie pułkowniku! – odwrócił się i chciał biec.

          - Dokąd?! – pułkownik usadził go na miejscu tym jednym słowem – nie skończyłem jeszcze. Po trzecie, zostawiasz tu czterech ludzi, którzy wrócą z jeńcami, a ty wsiadasz w śmigłowiec i odlatujecie do bazy. Dopilnujesz, żeby jak najszybciej… ci ludzie… wiesz o kim mówię… znaleźli się w wojskowym szpitalu. Odpowiadasz za to.

          - A pan?

          - Sierżancie – pochylił się w jego stronę mrużąc oczy – czy ja powiedziałem coś niezrozumiałego?

          - Nie, panie pułkowniku, ale…

          - Skoro nie, to wykonać! Widzimy się w bazie i wtedy podejmę decyzję co z tobą zrobić.

          - Z całym szacunkiem, panie pułkowniku… Mogę coś powiedzieć?

          - Jeśli to jakieś głupie pytania, to daruj sobie.

          - Nie, to żadne pytania.

          - Mów.

          - Proszę, żeby pozwolił mi pan zostać i wyznaczył do odlotu kogoś innego.

          - Słuchajcie, żołnierzu – pułkownik przeszedł niespodziewanie na oficjalny ton i sierżant już wiedział, że to nie wróży niczego dobrego – Dostaliście rozkaz i oczekuję skrupulatnego jego wykonania. Czy to jest zrozumiałe?

          - Tak jest, panie pułkowniku – nie było w tym ani krzty zapału.

          - Więc ładuj się, do diabła jasnego z ludźmi w helikoptery i jazda! Odpowiadasz głową za wojsko i cywilów. Widzimy się w bazie najpóźniej jutro rano i zdasz mi relację, jasne?

          - Tak jest, panie pułkowniku – odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę reszty żołnierzy. Pułkownik doskonale wiedział, że sierżant wolał zostać z nim i z nim wrócić do bazy. Wiedział jednak równie dobrze, że tylko jemu może zaufać na sto procent i właśnie on gwarantuje bezpieczny powrót. Wiedział też, że natychmiast zapomni o jego niesubordynacji, ponieważ była ona spowodowana jego, pułkownika właśnie, bezpieczeństwem. Nie mógł jednak otwarcie tego przyznać, przynajmniej na razie. Z oddali więc spokojnie przyglądał się, jak żołnierze wsiadają do śmigłowców, a te wolno, wzniecając tumany piasku, unoszą się w górę i powoli nikną gdzieś za horyzontem. Wtedy właśnie widzieli się po raz ostatni.
Ciąg dalszy nastąpi ...

Zaproszenie do współpracy

Zapraszamy do współtworzenia naszej gazety przez bieszczadzkich poetów, pisarzy, fotografów, rzeźbiarzy, malarzy i innych artystów. Na naszej stronie możecie pochwalić się swoją twórczością oraz ją zapromować. Bardzo chętnie będziemy udostępniać łamy naszej gazety młodym, debiutującym artystom aby mogli zaprezentować się szerszej publiczności.
Serdecznie zapraszamy do współpracy. Zainteresowanych naszą ofertą prosimy o kontakt : tel- 883 018 180, e-mail- redakcja@zaslyszane-w-bieszczadach.pl
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 1211311
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem